Kolejny polskojęzyczny „skandal” na Litwie

332
Niestety, ale na stacji paliwowej na granicy litewsko-białoruskiej inspektorzy językowi wydaje się również będą mieli pretensje do poprawności językowej spółki EMSI Fot. Marian Paluszkiewicz

Od kilku lat Państwowa Inspekcja Językowa w pocie czoła ściga krnąbrnych Polaków Wileńszczyzny, którzy na swoich domach „niezgodnie z prawem” umieszczają obok tablic po litewsku również tablice z polskimi nazwami ulic.

Od ponad roku kłopoty (nie tylko natury moralnej, ale też finansowej) mają firmy przewozowe na Wileńszczyźnie oraz właścicielka sklepu w Awiżeniach, którzy dla „pełnej kultury obsługi klientów” zamieścili dla tychże klientów informacyjne szyldy po polsku, oczywiście — jak nakazuje tego ustawa — obok informacji w języku państwowym, czyli litewskim. Uznali oni, że skoro Polacy, stanowiący na Wileńszczyźnie większość mieszkańców, stanowią też podstawową grupę ich klientów, muszą mieć też prawo do informacji w języku ojczystym. Tego wymaga co najmniej zwykły szacunek wobec klienta, ale prawo litewskie już nie koniecznie, przynajmniej w interpretacji Państwowej Inspekcji Językowej, która zapis ustawowy, że informacja musi być podawana w języku państwowym, traktuje z przesadną dokładnością, bo uważa, że „musi być podawana wyłącznie w języku państwowym”. Wobec tego inspektorzy karzą krnąbrnych Polaków grzywnami, ci zaś apelują do sądów i na razie tam sprawy przegrywają, ale apelują dalej i tak to już kilka lat trwa.

„Pełną kulturą obsługi klienta” — jak zapowiadają na swojej witrynie internetowej — chcieli też wyróżnić się właściciele spółka EMSI. Chcieli i wyróżnili się. Na jednej ze stacji paliwowej swojej sieci w rejonie łoździejskim na pograniczu litewsko-polskim, EMSI podała informację dla podróżujących w języku polskim, czyli obcym. Na swoim banerze z cenami paliw stacja ta umieściła też napis po polsku „KANAPKI, KAWA” oraz informację po angielsku o czynnym całą dobę sklepie, co wydawałoby się rzeczą normalną dla stacji prowadzącej działalność w pobliżu przejścia granicznego z Polską i żyjącej głównie z turystów przejeżdżających obok. Przyznaje to też kierownictwo spółki, które tłumaczyło się, że napisy w językach obcych umieszczono, żeby przyciągnąć więcej klientów. Oburzyło to jednak dziennikarza portalu DELFI, bo, zamiast pochwalić przedsiębiorczą inicjatywę spółki, zwrócił się do Inspekcji Językowej. Ta zaś natychmiast zabrała się do „roboty”.

— Inspekcja może wszcząć sprawę wobec naruszenia na podstawie materiału prasowego, toteż w tym przypadku powodem do wszczęcia postępowania jest artykuł na portalu — wyjaśnił „Kurierowi” Arūnas Dambrauskas, wicenaczelnik  Państwowej Inspekcji Językowej. W rozmowie z nami Dambrauskas zapowiedział, że dyrektor spółki EMSI, który powinien odpowiedzieć za „naruszenie prawa” tym razem zostanie potraktowany łagodnie — upomnieniem. Bo, jak wyjaśnił nam wicenaczelnik Inspekcji, dyrektor generalny EMSI, Gintautas Uždavinys zapewnił dziennikarza DELFI, że już w następnym tygodniu obcojęzyczne napisy na banerze stacji przygranicznej zostaną zastąpione na jedynie słuszne na Litwie, czyli litewskie.

Jak udało się nam ustalić, mająca sieć ponad 20 stacji paliw spółka EMSI eksperymentowała z „pełną kulturą obsługi klienta” jedynie na pograniczu z Polską, bo na stacji spółki na przejściu granicznym z Białorusią, która odwiedził nasz fotoreporter, właściciele sieci nie odważyli się na szerszy eksperyment z językiem białoruskim czy też rosyjskim. Toteż, jeśli przymknąć oczy na angielski napis „coffee” i błąd w jednym słowie litewskim (w napisie degalinė brakuje kropki nad literą „e”), prawie wszystkie informacje tu są podane w prawie poprawnym języku urzędowym.

Niestety, nie udało się nam bezpośrednio ustalić, czy opłaciło się spółce EMSI eksperymentowanie z informacją w języku polskim, bo za pierwszym razem, gdy odebrał telefon dyrektor spółki  Gintautas Uždavinys, to powiedział, że jest na spotkaniu i nie może rozmawiać, więc prosił o późniejszy telefon. Później jednak dyrektor już nie odbierał naszego telefonu.

Szefowie firm przewozowych na Wileńszczyźnie, którzy w procesie sądowym chcą obronić prawo do używania w materiałach informacyjnych oraz w nazewnictwie ulic również języka większości miejscowej ludności, czyli polskiego Fot. Marian Paluszkiewicz

Tymczasem, jak poinformowano nas w Inspekcji Językowej, jeśli dyrektor nie zgodziłby się na usunięcie obcojęzycznych napisów na stacji, to na początek groziłaby mu kara grzywny od 300 do 400 litów. Za dalsze ignorowanie żądania usunięcia napisów dyrektor mógłby zapłacić nawet 1500 litów.

Na takie kary grzywny, między innymi, zostali skazani dyrektorzy administracji samorządów rejonu wileńskiego i solecznickiego oraz szefowie firm przewozowych na Wileńszczyźnie, którzy w procesie sądowym chcą obronić prawo do używania w materiałach informacyjnych oraz w nazewnictwie ulic również języka większości miejscowej ludności, czyli polskiego.

Z kolei szefowie firm i biur muszą też pamiętać, że mogą paść ofiarą nagonki „językowej” nie tylko z powodu napisów informacyjnych na tablicach i szyldach, ale też z powodu nagrania na sekretarce automatycznej telefonu, jeśli oczywiście nagrane to jest w niepoprawnym prawnie języku. Bo jak ustaliliśmy, Inspekcja Językowa również bada poprawność języka urzędowego sekretarek automatycznych firm i urzędów.