Ilona Lewandowska: W czerwcu mija 40 lat, odkąd objęła Pani kierownictwo Polskiego Teatru „Studio” w Wilnie. Jak wyglądała Pani droga do tego miejsca?
Lila Kiejzik: W dzieciństwie znałam tylko język polski. Chodziłam do szkoły podstawowej w Dojlidach, gdzie ludzie mówili piękną, czystą polszczyzną. Spotykali się, by śpiewać, recytować poezję, pielęgnować kulturę – nie folklor, lecz przedwojenne, popularne polskie utwory. To byli ludzie bardzo skrzywdzeni przez kolektywizację i system, a jednak potrafili obronić to, co dla nich najważniejsze.
Podobno właśnie tam zaczęłam swoje pierwsze teatralne próby. Nie pamiętam tego, znam te historie z opowieści bliskich: w każdą niedzielę kilkoro dzieci przychodziło do mnie i bawiliśmy się w teatr – wymyślaliśmy skecze, małe przedstawienia, czasem śmieszne, czasem wzruszające, zawsze nasze.
W Dojlidach dorastałam z dala od rusyfikacji czy ateizacji. Po akademii ku czci Lenina szliśmy ze święconką do kościoła – ten świat był pełen sprzeczności, ale dla mnie naturalny.
Później przeprowadziłam się do Wilna. Uczyłam się w szkole nr 29, dzisiejszym „Konarskim”, gdzie otaczali mnie wspaniali nauczyciele i koledzy.
Do Polskiego Teatru „Studio” trafiłam w 1968 r. Byłam w dziewiątej klasie. Klasa poszła na spektakl „Niemcy” według Leona Kruczkowskiego, a ja nie. Następnego dnia pani wicedyrektor, pani Sokołowa, podeszła do mnie i powiedziała: „Wiesz, Lilu, ty musisz tam pójść”. I zaprowadziła mnie. Tak po prostu. Jakby wiedziała coś, czego ja jeszcze nie wiedziałam. I tak zostałam.
Nie przypuszczałam wtedy, że to spotkanie zadecyduje o całym moim życiu – że spędzę tu dziesiątki lat, że będę grać, reżyserować, prowadzić teatr, że będę świadkiem jego wzlotów i trudnych chwil, że zobaczę, jak rosną kolejne pokolenia aktorów. Że mój własny syn wyrośnie na tej scenie – dosłownie i symbolicznie.
Kiedy przyszłam do pani Janiny Strużanowskiej, byłam najmłodsza. Później stałam się najstarsza. Nazywali mnie „małą”, „Lilą”, „Lilką”.
Grałam wiele ról, najdłużej – Mariannę w „Świętoszku”. Dziesięć lat. Nie znosiłam tej roli, bo nie mam w sobie nic z rozmarzonej dzieweczki, a jednak grałam ją, nawet będąc w ciąży. Czasem żartuję, że mój syn „urodził się” na scenie. Grałam w „Maniaku” Saj, biegając po scenie z brzuchem, a on był ze mną w każdym przedstawieniu.
Maleńkiego przynosiłam na próby i spektakle. Chciałam, żeby był blisko, żeby czuł ten świat. I on go pokochał. Gdy miał dziewięć miesięcy, po raz pierwszy przyprowadziłam go na scenę przy Trockiej. Wstał, wczołgał się na scenę i położył się krzyżem. Władek Krawczun powiedział wtedy: „Twój syn chyba będzie aktorem”. I miał rację.
W jakich okolicznościach przejęła Pani teatr jako kierownik?
Pani Strużanowska była sercem tego teatru. Nie wyobrażaliśmy sobie, że ktoś inny mógłby nim kierować. Nawet kiedy zachorowała, nie przestała prowadzić zespołu. Graliśmy mniej, powtarzaliśmy stare spektakle, przygotowywaliśmy programy poetyckie – ale to ona nas jednoczyła.
Kiedy zmarła, byliśmy zupełnie nieprzygotowani, choć jej choroba trwała pięć lat. Pierwszym kierownikiem po niej został Zbigniew Maciejewski, jeden z młodszych członków zespołu. Ja nadal byłam bardzo zaangażowana.
W tym czasie bardzo potrzebowaliśmy reżysera. Nie mieliśmy środków, by zatrudnić kogoś z zewnątrz. Dopiero po śmierci pani Strużanowskiej dowiedzieliśmy się, że przez lata płaciła reżyserom z własnej kieszeni.
Zaczęłam więc studia reżyserskie na Akademii Teatralnej w Wilnie – nie z marzeń, lecz z potrzeby. Po dwóch latach, w 1986 r., zaproponowano mi przejęcie kierownictwa. Wprowadzono wtedy wymóg wykształcenia kierunkowego dla kierowników teatrów amatorskich. Tak zaczęło się moje kierowanie teatrem.
Od czego zaczęła Pani pracę?
Jak zawsze – od bajek, pierwsze spektakle były dla dzieci i robiłam je z młodzieżą. Kończyłam wtedy studia. Jako spektakl dyplomowy przygotowałam „Nowe piękne czasy” Jerzego Jesionowskiego – współczesną sztukę o świecie, który dopiero miał nadejść w przyszłości. Jednak dla mnie o wiele ważniejsza była interpretacja III części „Dziadów”. Spektakl nosił tytuł „Proces sądowy”, a scenariusz na podstawie Mickiewicza napisała Alwida Bajor. W 1988 r. „Dziadów” nie można było jeszcze wystawiać w Wilnie, trzeba było poczekać.
To był spektakl wyjątkowy – aktualny, odważny, a przede wszystkim jednoczący. Do teatru dołączyło wtedy wiele osób. Na scenie było nas symbolicznie 44.
W 1990 r. po raz pierwszy wyjechaliśmy do Polski, na festiwal teatrów polskich działających poza krajem w Bielsku-Białej. Rok później również pojechaliśmy – z przygodami. Handlarze, oburzeni, że przepuszczono nasz autobus, przecięli nam wszystkie cztery opony. Spędziliśmy noc w autobusie, czekając na nowe koła z Wilna. Rano chłopcy szli szpalerem po obu stronach autobusu, żeby nikt nas nie zaatakował. Takie to były czasy.

Jacy ludzie skupiali się wówczas wokół teatru?
Bardzo różni. Oczywiście uczniowie i nauczyciele polskich szkół, młodzież – ale także Polacy, którzy tęsknili za językiem i kulturą.
Często byli to dorośli, którzy zawarli mieszane małżeństwa i w domu mówili po litewsku, albo osoby pracujące w litewskim środowisku. Pomimo obowiązków szukali świadomie ojczystej kultury – i znajdowali ją w teatrze.
W tym teatrze nigdy nie było podziałów. Przy jednym stole siedzieli uczniowie i emeryci. Razem graliśmy, piliśmy herbatę, jedliśmy ciastko, później była kawa. Razem śmialiśmy się i płakaliśmy. To wspólnota, jakiej nie spotyka się często.
Jednym z najbardziej rozpoznawalnych działań teatru są festiwale. Jak doszło do ich powstania?
Historia Wileńskich Spotkań Sceny Polskiej sięga 1994 r. Mieliśmy świetne doświadczenia z Bielska-Białej, choć tamten festiwal nie był kontynuowany.
Wyjechałam wtedy na podobny festiwal do Lyonu z litewskim teatrem uniwersyteckim. Obserwowałam organizację i pomyślałam: dlaczego nie Wilno?
Ogromnie pomógł nam ówczesny konsul RP Dobiesław Rzemieniewski. Dziś to wygląda prosto, ale wtedy problemem były choćby telefony do Stanów Zjednoczonych – bardzo drogie. Dzięki współpracy z konsulatem nawiązaliśmy szerokie kontakty i już od pierwszej edycji gościliśmy teatry nie tylko ze Lwowa czy Cieszyna, lecz także z Nowego Jorku.
Ponieważ festiwal wymaga dużych nakładów pracy i finansów, nie mogliśmy organizować go co roku. Dlatego powstał festiwal monodramów – MonoWschód. Oba odbywają się na przemian i mają stałą widownię. Trzeci festiwal – Transmisje – zainicjował mój syn, Edward.
Która z tych czterech dekad była dla Pani najważniejsza?
Każda była ważna i każda niosła wyzwania. Początek – bo zdobywałam doświadczenie. Przełom lat 80. i 90. – bo był trudny.
Pamiętam, jak z Witkiem Rudziańcem wieźliśmy dekoracje trolejbusem, bo nie było nas stać na taksówkę. Jak szyliśmy kostiumy z tego, co było pod ręką. Jak malowaliśmy dekoracje w nocy. Jak graliśmy w zimnych salach, bo nie było ogrzewania. Jak brakowało światła, a czasem prądu.
Jak wiele zespołów przy związkach zawodowych, straciliśmy w pewnym momencie siedzibę. Ale byliśmy razem. Wierzyliśmy, że to, co robimy, ma sens.
Nowe możliwości pojawiły się po otwarciu Domu Kultury Polskiej w Wilnie. Dzięki otwartości Artura Ludkowskiego mieliśmy wreszcie własną siedzibę, po bardzo trudnym okresie prób wyrzucenia nas z poprzedniego miejsca. Przedtem dwa lata spędziliśmy w piwnicy, więc różnica była ogromna. Do DKP wprowadziliśmy się pierwsi i bardzo lubię to miejsce. Podobno lubię wszystko zawłaszczać to, co mi się podoba (mówię „mój teatr”, „mój Dom Polski”, nawet „moje »Dziady«”, ale nic nie poradzę na to, że czuję się tu u siebie.
Bardzo dobre były także ostatnie lata. Fundacja „Pomoc Polakom na Wschodzie” im. Jana Olszewskiego i Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” zawsze nas wspierały, ale odkąd prezesem fundacji został Mikołaj Falkowski, zyskaliśmy stabilizację. Mogliśmy planować premiery, rozwijać zespół. Uwieńczeniem tej pracy było uzyskanie statusu teatru zawodowego.
Ważna była też współpraca z TVP Wilno – dzięki Teatrowi Telewizji dotarliśmy do szerszej publiczności.
Przez wszystkie te lata mogłam liczyć na przyjaciół teatru: Ambasadę RP w Wilnie, Mikołaja Falkowskiego, Artura Ludkowskiego, Witolda Rudziańca, a także „Kurier Wileński”, który zawsze pomagał nam dotrzeć do widza.

Jakie są Pani plany na kolejne, już piąte dziesięciolecie pracy?
Czas płynie, więc powoli ustępuję miejsca synowi. Cieszę się, że mam komu przekazać doświadczenie i pracę. Lubię patrzeć, jak dobrze sobie radzi.
Ale to nie znaczy, że nie mam planów. W tym roku mamy nadzieję pojechać z naszym spektaklem do Japonii. Mamy zaproszenie i bardzo poważnie przygotowujemy się do wyjazdu. Mam nadzieję, że uda się go zrealizować jesienią.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 22 (62) 06-12/06/2026







