Jubileusz 30-lecia — trzy odsłony „Wileńszczyzny”

428
Wyrychtowała się młodzież do tańca  na „Wieczorynce w Skrobuciszkach”  Fot.  Marian Paluszkiewicz
Wyrychtowała się młodzież do tańca na „Wieczorynce w Skrobuciszkach” Fot. Marian Paluszkiewicz

Koncert galowy na scenie Państwowego Teatru Opery i Baletu, Msza święta dziękczynna w kościele Ostrobramskim oraz rodzinne spotkanie przyjaciół w Domu Kultury Polskiej — te trzy główne akcenty złożyły się na uroczyste obchody 30-lecia polskiego reprezentacyjnego zespołu pieśni i tańca „Wileńszczyzna”, które miały miejsce w ubiegły weekend w Wilnie.

Trzy akcenty jakże symboliczne i ważne, bo odzwierciedlają to, czym żyje zespół, który się narodził przed 30 laty i jaką drogę obrał. Nie tylko podstawową działalność — koncertową, ale też jakże bogaty i do perfekcji opracowany program sakralny, który „Wileńszczyzna” prezentuje w każdym mieście, w każdym kraju, gdzie by nie występowała.

No i trzecia nie mniej ważna strona — obcowanie ludzi, którzy tu supełek przyjaźni zawiązali, wplatając do niego coraz większe grono przyjaciół — miłośników tego, co tak bliskie i rodzime jest dla każdego Polaka.

Bo „Wileńszczyzna” — to nie tylko zespół śpiewaczo-taneczny. Dla każdego, kto go zna, kojarzy się on z symbolem polskości, wiary, symbolem rodzimego folkloru — tym wszystkim, co wraz z mlekiem matki każde dziecko wysysa. I aby ten życiodajny strumyk — wiary, mowy ojczystej, tradycji rodzinnych wraz z drogą życia nie uschnął — o to dba i pieczołowicie nad tym pracuje właśnie „Wileńszczyzna”.

Nie sposób ją pomylić z żadnym innym polskim zespołem — bo jest wyjątkowy. Od chwili narodzenia aż do dziś „Wileńszczyzna” obrała kierunek tak trudny, tak żmudny, nienaśladowczy, a badawczo-etnograficzny, dzięki czemu z pamięci ludzkiej wydobywa stale najdroższe skarby — folklor rodzinny i przekazuje w nowej artystycznej szacie dla współczesnych pokoleń.

Tak było od samego początku od „Zalotów na Wileńszczyźnie”, „Wesela Wileńskiego”, „Kaziuków”, programu żołniersko-patriotycznego „Z dymem pożarów”, poprzez „Noc Świętojańską”, niezwykle popularny „Kiermasz Wileński”, no i najnowszy — „Wieczorynka w Skrobuciszkach”.

Od chaty do chaty pobiegła wieść — wieczorem w Skrobuciszkach odbędzie się zabawa, na którą zbiorą się nie tylko okoliczni, ale też i miastowi. Zaczęły więc panny żelazka węglem rozgrzewać, by swoje perkalowe sukienki prasować, włosy „szczypcami” zakręcać, a policzki czerwonym burakiem podmalowywać. Bo wszak to okazja z miastowymi nie tylko zatańczyć, ale może potem, który i do domu odprowadzi

Pobiegła wieść o nowej premierze „Wileńszczyzny” o wiele wcześniej niż wiosną roku bieżącego, kiedy to zaczęto bilety na tę premierę sprzedawać. Poszły one jak przysłowiowe bułeczki — półtora tysiąca miejsc licząca sala opery zdołała zmieścić tylko malutką część chętnych, kto chciał tą ucztą muzyczną się delektować.

A faktycznie śledzić przebieg tego nowego spektaklu scenicznego. W tym miejscu należy dodać, że prawie wszystkie opracowane przez ten zespół programy tematyczne śmiało można określić mianem spektaklu.

Zamarła w bezruchu, bojąc się przepuścić coś z tej zabawy cała wieś rozrzucona na malowniczych podwileńskich pagórkach. Po ciężkiej codziennej pracy — czas na odpoczynek. Zda się, że nawet kury żerujące na łączce przed chatą „przestały gdakać”, gdy rozległa się pierwsza piosenka „Oj, płynie woda” z tego tak ciekawego, a tak swojskiego repertuaru.

Starsza pani siedząca obok nie umie ukryć łez wzruszenia, kiedy artyści baletu zaczynają tańczyć „padespana”.

„Toż to taniec z moich stron, taniec mojej młodości, bo w Antonajciach, które leżą w rejonie szyrwinckim go tańczyłam” — szepce.

„Czemu pani mówi, że ze stron szyrwinckich, bo ja go, jak i kadryla w Gajłaszach znajdujących się niedaleko Wilna wystukiwałam na zabawie, a potem taki chłopiec przyjezdny odprowadzając mnie do domu, tak mówił: »Choć idziem aplink, bo tu šlapia«”.

Przeplatają się te dwa języki w piosenkach, świetnych humoreskach tak bliskich życia codziennego, którym ta symbolicznie nazwana wieś Skorbuciszki, a w rzeczywistości prawie każda wieś Wileńszczyzny żyła w tym ukazanym na scenie okresie międzywojennym.

Między tańcami dziewczyny wiejskie omawiają wszelkie nowiny, a dla młodych panien najważniejsze, że do wsi, gdzie będzie szkoła, na kałamaszce nowy nauczyciel przyjechał. Taki elegant pod „hałsztukiem”…

Piosenkę przeplata taniec, taniec — piosenka, a w mini przerwach chłopcy obmawiają (okazuje się, że i mężczyźni to też robili i robią) — jakie to obecnie dziewczyny „hłumowate”, co nie poprosisz, to wpuszczają…

Dziewczyny mają języki bardziej ostre, bo wnet odparują „niebojś przy sieczkarni nie masz takiej zawziętości”.

To małe fragmenciki z premierowego spektaklu „Wieczorynka w Skrobuciszkach”, który był jedną z trzech części tego jubileuszowego programu.

Premiery doszlifowanej w każdym calu — poczynając od świetnie przemyślanej dekoracji, którą opisaliśmy powyżej, po stroje tego prawie już stuletniego okresu. Skromne pasiaste spódnice, wcięte w talii bluzki-kaftaniki, po tak wdzięczne sukienki w drobny kwiatek, zdawałoby się zebrany z pól rodzinnych, z szerokim kolorowym paskiem u talii i oczywiście z odświętną kolorową halką.

Nad każdym takim szczegółem kierownicy zespołu: Jan Mincewicz, Leonarda Klukowska, German Komarowski oraz czołowa solistka Natalia Sosnowska dyskutowali bardzo długo. Poświęcając temu każdą wolną chwilę, zbierając materiał w zbiorach bibliotek, muzeów, archiwów oraz zaczerpniętych z jakże ciekawej kolekcji dawnych strojów międzywojennych będących w posiadaniu Litewskiej Wytwórni Filmowej.

Bo każdy, kto choć trochę jest obeznany z dniem codziennym tego zespołu — doskonale wie, że tu każdy szczegół musi być dopracowany do perfekcji. Przypadkowości być nie może.

W tym miejscu cofnijmy się pięć lat wstecz, kiedy to na tej samej scenie zawodowej po raz pierwszy odbyła się premiera „Kiermaszu Wileńskiego” — zaprezentowana również w pierwszej części programu jubileuszowego. Zachwyciła niezwykła dokładność, autentyczny koloryt wystawianych numerów cygańskich, białoruskich, ukraińskich i innych narodów od wieków zamieszkujących Wilno.

Wtedy to „Wileńszczyzna” skorzystała z pomocy specjalistów prowadzących zespoły ludowe tych krajów. Tak na przykład powstał fantastyczny „hopak” pod konsultacją Wiktora Szugałowa z Ukrainy, podczas wykonywania którego cała sala w mieście Łucku, gdzie to przed laty „Wileńszczyzna” bawiła na gościnnych występach — oklaskiwała na stojąco.

Mimo że lat pięć minęło, „Kiermasz” nie tylko nie utracił ze swej atrakcyjności, ale został wzbogacony o litewską polkę, która po raz pierwszy na tej zawodowej scenie w tym spektaklu przez „Wileńszczyznę” została wykonana.

Opisać żaden koncert nie sposób. A co dopiero mówić o takich wieczorach jubileuszowych jak niniejszy. Ukazał on tylko dwa spektakle tematyczne, a w części trzeciej specjalny program jubileuszowy w wykonaniu aktualnych członków, weteranów i najmłodszego narybku — dziecięcego zespołu tanecznego „Perła”.

Kiedy na scenę wychodzi grupa taneczna weteranów i tańczy krakowiaka, oklaski nie milkną od początku do końca. Bo każdy z widzów siedzących na sali doskonale wie, co dla tych ludzi znaczy znów spotkanie z widownią. Zapominają oni o tym, że już miejsce w wielu wypadkach zajęły ich dzieci — są znów młodzi, pełni werwy i szczęścia, że w taki sposób świętują kolejny już 30. jubileusz swego zespołu.

Dla wielu członków „Perły” było to pierwsze w życiu spotkanie z taką sceną, taką widownią. Więc nic dziwnego, że u wielu z nich serduszka biły mocno ze wzruszenia.

Ale nie byłoby „Wileńszczyzny”, gdyby nie ludzie. Nie byłoby zespołu tej miary, gdyby nie jej założyciel i stały kierownik artystyczny pan Jan Mincewicz — Mistrz artyzmu i profesjonalizmu oraz Nauczyciel. Nauczyciel i Wychowawca młodzieży, która w zespole była, jest i która jeszcze przyjdzie. Bo ten człowiek, wielki patriota ma niewątpliwy talent, by „bakcyl” do wszystkiego, co polskie, rodzinne zaszczepić w młode serca, ukierunkować, tak by stał się dla każdego cząstką ich życia.

Nie tylko Polaków.

W historii tego zespołu były i są nazwiska ludzi innych narodowości, dzieci z rodzin mieszanych, dla których polskość stała się bliska. Bliska poprzez kulturę.

Nie byłoby czternastu aktualnych par tanecznych (a ileż jeszcze par weteranów oraz młodego narybku) gdyby nie tak wspaniali, tak zawodowi choreografowie Leonarda Klukowska oraz German Komarowski, którzy prowadzą grupy iście baletowe. Takiego kunsztu, jaki pokazali artyści baletu, nie powstydziliby się na pewno zawodowcy.

„Wieczorynka w Skrobuciszkach”, a faktycznie koncert 30-lecia RPZPT „Wileńszczyzna” minął jak chwila. Ale tym sobotnim wieczorem nie ograniczyły się imprezy jubileuszowe.

„Wileńszczyzna” uświetniła również niedzielną Mszę świętą celebrowaną przez ks. prałata Jana Kasiukiewicza. W tym miejscu osobne miejsce poświęćmy czołowej solistce tego zespołu Natalii Sosnowskiej znanej również z koncertów muzyki sakralnej, jakie miała w kościele św. św. Piotra i Pawła w Wilnie oraz w bazylice katedralnej św. Jerzego w Kętrzynie na jubileuszu 600-lecia i in.

Wierni zgromadzeni w tym kościele kolejny raz mogli podziwiać kunszt magistrantki wydziału wokalistyki Akademii Muzycznej.

No i jakiż to byłby jubileusz bez spotkania tych, którzy byli w zespole, którzy z zespołu odeszli (lata biegną) oraz tych, dla których jubileusz 30-lecia był pierwszym w ich życiorysie artystycznym.

Tu, w Domu Kultury Polskiej, można się było rozluźnić, usłyszeć przychylną ocenę od swego jakże wymagającego kierownictwa (bo tylko tak zdobywa się mistrzostwo), podziękować nie tylko wiązankami kwiatów, ale specjalnie przygotowanymi numerami artystycznymi.

Można byłoby w tym miejscu kropkę postawić i zakończyć „I ja tam byłam…”.

Zakończymy jednak tę relację nietypowo, nieświątecznie, a słowami, usłyszanymi po koncercie:

„Gdyby to tak tę salę wypełnić dygnitarzami litewskimi, którzy decydują o losie dzisiejszej kultury, to może wreszcie ten reprezentacyjny zespół, o tak wysokim poziomie, miałby swoją siedzibę, a artyści — wynagrodzenia. Bo przecież przez trzydzieści lat robią to tylko z potrzeby swych serc”.