Żałoba, nadzieja, pamięć. Rozmowa z Ramunė Driaučiūnaitė o litewskim doświadczeniu deportacji

14 czerwca – Dzień Żałoby i Nadziei – zajmuje w litewskiej pamięci zbiorowej miejsce szczególne. To data pierwszych masowych deportacji z 1941 r., symbol cierpienia, ale i siły tych, którzy przetrwali. O znaczeniu tego dnia, o pamięci świadków, o wyzwaniach edukacyjnych oraz o tym, jak litewskie doświadczenie deportacji wpisuje się w historię regionu, opowiada Ramunė Driaučiūnaitė, dyrektorka Muzeum Okupacji i Walk o Wolność w Wilnie.

Czytaj również...

Ilona Lewandowska: Jak dziś określiłaby Pani miejsce 14 czerwca – Dnia Żałoby i Nadziei – w litewskiej pamięci historycznej i świadomości społecznej?

Ramunė Driaučiūnaitė: Dzień Żałoby i Nadziei, obchodzony na Litwie 14 czerwca, zajmuje wyjątkowe miejsce w litewskiej pamięci historycznej. Ta data jest głęboko utrwalona zarówno w świadomości społecznej, jak i w oficjalnej kulturze pamięci. Wydarzenia z 1941 r. – pierwsze masowe deportacje mieszkańców Litwy – są powszechnie znane i co roku szeroko upamiętniane. Wspomina się je nie tylko w Wilnie, lecz także w całym kraju: w dużych miastach, mniejszych miejscowościach, wsiach oraz w kościołach. Można powiedzieć, że 14 czerwca ma swoje stałe miejsce zarówno w narracji państwowej, jak i w życiu społecznym.

Jednocześnie uważam, że wiedza społeczeństwa o wywózkach jest znacznie mniejsza. Choć skala represji po 1944 r. była ogromna, to właśnie wydarzenia z czerwca 1941 r. pozostają najbardziej rozpoznawalnym symbolem sowieckich prześladowań.

Dzień Żałoby i Nadziei – to bardzo znacząca nazwa dla dnia pamięci…

Tak. Jeśli chodzi o pierwszą część nazwy, warto pamiętać, że bardzo duża część osób wywiezionych na Sybir w ramach tych pierwszych deportacji nigdy nie wróciła do ojczyzny. Represje z 1941 r. dotknęły znaczną część inteligencji i osób kluczowych z punktu widzenia funkcjonowania państwa. Jednocześnie zarówno na zesłaniu, jak i w łagrach śmiertelność w tym czasie była ogromna. Litwa straciła ogromną liczbę ludzi, którzy mogliby budować państwo, gdyby nie okupacja. Niewątpliwie mamy więc powód do żałoby.

Naturalnie powstaje pytanie, o jakiej nadziei można mówić w tej sytuacji. Wydaje mi się, że świadkami nadziei są sami represjonowani, którzy czynili ogromne starania, by przetrwać i – gdy pojawiła się możliwość – wrócić na Litwę. Oni musieli mieć tę nadzieję, która prowadziła ich od początku wywózki, była obecna już w wagonach wiozących ich w nieznane. Wielu myślało, że ich sytuację zmieni wybuch wojny niemiecko-sowieckiej. Na miejscu zesłania siły do życia dodawała im nadzieja, że zesłanie nie potrwa długo. Łapali się nadziei powrotu również wtedy, gdy kończyła się II wojna światowa. Nic się jednak nie zmieniało – ani wybuch wojny, ani jej zakończenie nie poprawiło ich losu. Szansa na powrót pojawiła się dopiero po śmierci Stalina. Wtedy rozpoczęła się ogromna fala powrotów. Ci, którzy przeżyli i ocalili swoje dzieci, wrócili do ojczyzny, gdzie często zetknęli się z dramatyczną rzeczywistością.

Sytuacja deportowanych w 1941 r. wyróżniała się na tle późniejszych wywózek m.in. tym, że rodziny były rozdzielane. Podczas gdy kobiety i dzieci trafiały na zesłanie, wielu mężczyzn wysyłano do łagrów, gdzie śmiertelność w czasie wojny sięgała ponad 50 proc. Wielu zmarło z głodu i chorób, ale nie brakowało też takich, którzy byli sądzeni w łagrach za czyny określane jako działalność antysowiecka czy zdrada ojczyzny – i nierzadko wykonywano na nich wyrok śmierci.

Bliscy nie otrzymywali żadnych wiadomości. Ci, którzy powracali na Litwę, próbowali dowiedzieć się czegokolwiek o losie zaginionych krewnych, ale otrzymywali jedynie fałszywe wyjaśnienia, że znajdują się w innym łagrze, że zachorowali, że ich los jest nieznany.

Prawdziwe odpowiedzi wiele rodzin poznało dopiero w latach 90., gdy otwarto sowieckie archiwa. Można więc powiedzieć, że nadzieja była koniecznym warunkiem przetrwania i zachowania prawdy.

okupacja-2026-06-13-2
Pierwsza masowa deportacja z Litwy. Rysunek Viktora Vagusevičiusa opublikowany w czasopiśmie „Savaitė” z 12 czerwca 1943 r. | Fot. zbiory Muzeum Okupacji i Walk o Wolność

Po tych, którzy nie wrócili, pozostały na Syberii groby. Wydaje się, że stosunek do śmierci był tym, co najbardziej odróżniało zesłańców od sowieckiej administracji.

Tak, ale ta ogromna różnica w postrzeganiu śmierci, cmentarza czy grobu bliskiej osoby była widoczna także na przełomie lat 80. i 90., gdy rozpoczęły się pierwsze starania, by upamiętnić te miejsca lub sprowadzić szczątki bliskich na Litwę. Miejscowa administracja była często zszokowana ogromem wysiłków, jakie wkładali Litwini w sprowadzenie szczątków zmarłych. Z litewskiego punktu widzenia działania te są całkowicie zrozumiałe. Wielu ludzi, którzy umierali na Syberii, prosiło swoich bliskich, by sprowadzić ich szczątki na Litwę, gdy będzie to możliwe. Myślano o tym jeszcze podczas zesłania.

Dlatego właśnie na zesłańczych cmentarzach stawiano potężne krzyże, najczęściej z modrzewia, by były jak najbardziej wytrzymałe. Te miejsca miały pozostać widoczne i znane, by kiedyś można było powrócić i zabrać szczątki bliskich. Oczywiście nie zawsze się to udawało. Więźniowie łagrów spoczywali często w masowych, bezimiennych grobach. Cmentarze w tajdze niszczyły pożary, które uniemożliwiały późniejszą identyfikację. Niektóre miejsca zesłania nad Morzem Łaptiewów zostały całkowicie zniszczone przez morze – wiemy, że całe cmentarze zostały zabrane przez wodę.

Szacunek wobec zmarłych wymagał jednak upamiętnienia ich w ojczyźnie. Ci, którzy nie odnaleźli grobów bliskich, często starali się przywieźć przynajmniej ziemię z miejsc pochówku i symbolicznie składali ją w rodzinnych grobach na Litwie.

Dlaczego historia deportacji pozostaje tak ważna dla litewskiej pamięci zbiorowej i jakie pytania stawia współczesnemu społeczeństwu?

Jak głęboko deportacje naznaczyły litewskie społeczeństwo i jak trwałe pozostawiły ślady w pamięci zbiorowej, pokazuje dramatyczna statystyka. Mówimy o represjach, które dotknęły bardzo dużą część społeczeństwa. Zarówno pierwsze deportacje z 1941 r., jak i te powojenne objęły cały kraj i dotknęły szerokie kręgi ludności. Litwa przed okupacją sowiecką miała nieco ponad 3 mln mieszkańców, a w czasie całego okresu sowieckiego represje dotknęły nawet pół miliona osób, kolejne pół miliona zdecydowało się opuścić kraj.

Powojenne zesłania bardzo często wiązały się z wojną partyzancką, która toczyła się na Litwie, i miały na celu zlikwidowanie zaplecza, jakie partyzanci mieli w społeczeństwie. Taka ogromna skala zjawiska sprawia, że pamięć o represjach sowieckich jest tak głęboko zakorzeniona.

okupacja-2026-06-13-3
Ks. Stanislovas Kazėnas odprawia mszę świętą przy szczątkach zesłańców przygotowanych do przewiezienia na Litwę. Jakucja, 1989 r. | Fot. Juozas Kazlauskas, zbiory Muzeum Okupacji i Walk o Wolność

Czy także Pani rodzinę dotknęły deportacje?

Nie. Moje zainteresowanie tematyką represji okresu sowieckiego rozpoczęło się tak naprawdę dopiero po zakończeniu studiów, gdy rozpoczęłam pracę. Dostrzegłam wtedy, jak mało wiedzy na ten temat wyniosłam ze studiów. Teraz sytuacja niewątpliwie nieco się zmieniła, jednak ten okres pozostaje wciąż niedostatecznie znany, biorąc pod uwagę jego znaczenie i trudność tematu. Mówimy o okupacji trwającej pół wieku – w tym czasie w warunkach okupacyjnych wychowały się dwa pokolenia. Drugie z tych pokoleń dorastało w okresie, gdy najbardziej widoczne represje nie były już stosowane, a sowiecka ideologia była sprawnie wdrażana we wszystkich obszarach życia. Dlatego nie brakuje osób, które sądzą, że wówczas żyło się lepiej.

Jedynym łącznikiem z prawdą o łagrach, deportacjach i stratach tego okresu były rodziny, które doświadczyły tej rzeczywistości. Dlatego opór – już nie zbrojny, ale nadal aktywny – trwał w naszym społeczeństwie aż do końca. Dziś mamy o wiele większe możliwości poznawania prawdy i niewątpliwie warto się w to angażować.

Pokolenie świadków deportacji stopniowo odchodzi. W jaki sposób muzeum utrwala ich opowieści i jak zapewnić ciągłość pamięci?

Tydzień w połowie czerwca jest pod tym względem wyjątkowy. To czas, gdy podczas uroczystości nadal możemy spotkać świadków tych wydarzeń, którzy jako dzieci doświadczyli zesłania i pamiętają moment wywózki oraz pobyt na niej. To ludzie w bardzo zaawansowanym wieku i nierzadko sami podkreślają, że za kilka lat już ich nie będzie.

Z zesłańcami z 1941 r. spotykamy się w Rumszyszkach. Spotkania te zainicjowało Bractwo Zesłańców Morza Łaptiewów, tzw. Laptewieci – organizacja społeczna zrzeszająca osoby deportowane z Litwy do Jakucji w 1941 r. Założona w 1992 r., organizuje obchody rocznic i dni pamięci, gromadzi oraz upowszechnia informacje o deportacjach i ich ofiarach. W Rumszyszkach spotykają się także zesłańcy deportowani w inne regiony. Ci ludzie są bardzo zaangażowani w kontynuowanie pamięci i potrafią przekazać ją kolejnym pokoleniom.

Niewątpliwie jest to jednak pokolenie odchodzące. Kontynuacja pamięci o ich doświadczeniu to zadanie nie tylko ich bliskich, ale także instytucji, w tym naszego muzeum. Nie zawsze jest to łatwe, bo dla dzisiejszych uczniów wydarzenia te są odległą, zamkniętą historią – niemal jak Grunwald czy sen Giedymina. Dlatego sięgamy po różne metody, by do nich dotrzeć: nie tylko zapraszamy do muzeum, ale także organizujemy wydarzenia poza jego murami.

okupacja-2026-06-13-4
Litewscy zesłańcy z 1941 r. łowią ryby na Morzu Łaptiewów. Tumaty, rejon Bulun, Jakucka ASRS, 1944 r. | Fot. Muzeum Okupacji i Walk o Wolność

Muzeum organizuje wystawy także poza granicami Litwy. Jak zagraniczne audytorium przyjmuje historię litewskich deportacji?

Odwiedzający nasze muzeum zwykle są zszokowani informacjami, które tu otrzymują. Jak to możliwe, że w centrum miasta mordowano ludzi, że w tak uczęszczanym dziś miejscu znajdują się masowe groby? Ten wstrząs jest jeszcze bardziej odczuwalny teraz, gdy trwa wojna na Ukrainie. Doświadczenie represji, które dotykały ludzi, dramatycznie przypomina rosyjska agresja na Ukrainę. Byli jeńcy opowiadają, że odbierano im imiona i nazwiska, zastępując je numerami – dokładnie tak jak w systemie gułagów, gdzie więźniowie polityczni tracili swoją tożsamość i otrzymywali jedynie kombinacje liter i cyfr.

Ukraińskie dzieci są wywożone, a by oderwać je od własnych korzeni, wtłacza im się rosyjską ideologię. Tak samo postępowano z dziećmi litewskich zesłańców: w szkołach nie mogły mówić w ojczystym języku i były zmuszane do nauki wyłącznie po rosyjsku, choć mogły liczyć na wsparcie rodziny.

Mówiąc o wymiarze historycznym, uważam, że pewnym błędem jest mówienie o deportacjach wyłącznie w bardzo wąskim, narodowym kontekście. Ten temat powinien być ujmowany szerzej – z perspektywy całego regionu. Doświadczenie deportacji i łagrów mają zarówno Litwini, jak i Polacy, a trzeba zaznaczyć, że deportacje z Polski zaczęły się jeszcze wcześniej. Tego samego doświadczali mieszkańcy Ukrainy, Białorusi, Mołdawii i innych państw bałtyckich.

Obecnie współpraca międzynarodowa w obszarze upamiętniania tej historii jest bardzo zaawansowana. Mówiąc z perspektywy regionu, a nie pojedynczych państw, lepiej oddajemy skalę zjawiska i możemy wiele sobie nawzajem pomóc. Mamy obecnie bardzo intensywne kontakty z kolegami z Mołdawii. W tym kraju proces upamiętniania ofiar sowieckich represji dopiero się rozpoczyna i chętnie korzystają oni z litewskiego doświadczenia. To bardzo ważny etap nie tylko z punktu widzenia historii jako nauki, ale także państwowości, bo dobra znajomość historii i zrozumienie jej daje realną siłę do pokonywania dzisiejszych trudności.

okupacja-2026-06-13-5
Dzieci litewskich zesłańców, Jakucka ASRS, lata 50. XX w. | Fot. zbiory Muzeum Okupacji i Walk o Wolność

Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 23 (65) 13-19/06/2026

Afisze

Więcej od autora

Piotr Kornobis o swoim nowym filmie zamykającym polsko-litewską tetralogię

Ilona Lewandowska: Na początku lipca w telewizji LRT będzie można oglądać Pana najnowszy film dokumentalny „Republika. Koniec i początek”. To już kolejny film, jaki realizuje Pan w polsko-litewskiej współpracy…Piotr...