Wyborcze skandale, edycja 2016

138

Wybory tegoroczne bez problemu można nazwać skandalicznymi. I nawet nie dlatego, że przez cztery lata rządzić będzie możliwa koalicja banksterów z chamokomuną. Ani nawet nie o przedwyborcze afery liberałów i odwiecznych ich przyjaciół, kupujących im obiadki. Bo to są akurat skandale pojedyncze, a mówić chcę o systemowych.
Czyż nie jest skandalem, że w ciągu 25 lat istnienia niepodległego państwa, nie znaleźliśmy lepszego specjalisty od robienia wyborów niż wykładowca szkoły partyjnej w ustroju, który wybory robił wyłącznie dla picu?
Czyż nie jest skandalem, że za 5 milionów euro nie udało się zrobić funkcjonalnego systemu wyborczego, kiedy w prawie sąsiedniej Estonii od lat można głosować przez internet bez żądnych problemów?
I chociaż specjalista od wyborów już obiecał swoją dymisję (aczkolwiek — po każdych wyborach obiecywał odejście), a przepłaconym i niedziałającym systemem komputerowym ma się zająć prokuratura, systemowe problemy pozostają nierozwiązane.
Co gorsza — zważywszy na to, iż nowi rządzący mogą być zajęci szukaniem, co by tu można jeszcze w złodziejski sposób sprywatyzować albo jaką jeszcze nocną reformę przeprowadzić — prawdopodobnie nikt ich i nie rozwiąże.