„To była moja najpiękniejsza misja”. O polskiej edukacji i tożsamości w Gruzji

„To były czasy wręcz dramatyczne (...). Jednocześnie byłam młodą matką, z dala od Polski, bez możliwości kontaktu z rodziną — na rozmowę telefoniczną z Polską czekało się czasem kilka dni” — wspomina lata 90. w Gruzji Małgorzata Pawlak, założycielka Polskiego Centrum Edukacyjnego w Gruzji, z którą rozmawiamy o polskiej edukacji, pamięci i tożsamości.

Czytaj również...

Leszek Wątróbski: Jak znalazła się Pani w Gruzji?

Małgorzata Pawlak: To była tak zwana „miłosna emigracja” — bardzo lubię to określenie. Byłam po absolutorium na Uniwersytecie Warszawskim, studiowałam filologię rosyjską i przygotowywałam się do obrony pracy magisterskiej. Los rzucił mnie najpierw nad Morze Czarne, a potem do Tbilisi. Był sierpień 1983 r. Pojechałam tam na kilka dni, a zostałam na 20 lat.

To była decyzja spontaniczna?

Z dzisiejszej perspektywy — tak, ale wtedy wydawało mi się to czymś zupełnie naturalnym. Weszłam do gabinetu rektora uniwersytetu w Tbilisi Waży Okudżawy i zapytałam wprost, czy mogę tu postudiować. Byłam młoda, odważna, pewna siebie. Rektor zgodził się pod warunkiem, że sama załatwię wszystkie formalności. I tak zrobiłam — przetłumaczyłam dokumenty, odwiedziłam Ambasadę Polską w Moskwie, dostałam stypendium i jeszcze w tym samym roku rozpoczęłam studia w Tbiliskim Państwowym Uniwersytecie na trzecim roku filologii rosyjskiej.

Wyszła Pani wtedy za mąż?

Po ukończeniu studiów w 1985 r. wyszłam za mąż za Gruzina. Zamieszkałam w Tbilisi, w dzielnicy Wake, w inteligenckim środowisku. To miało ogromne znaczenie — bez tego, zapewne, nie dałabym rady przetrwać. Teść był ministrem, teściowa lekarzem, mąż architektem. Wszyscy byli doskonale wykształceni, znali świetnie rosyjski, co w tamtych czasach charakteryzowało elitę intelektualną.

Lata 90. w Gruzji były wyjątkowo trudne.

To były czasy wręcz dramatyczne. Wojna domowa — obalenie prezydenta Gamsachurdii, dojście do władzy Szewardnadzego; wojna o Abchazję, bandy zbrojne w stolicy, brak prądu, ogrzewania, pieniędzy. Było niebezpiecznie, strach było wychodzić z domu. Jednocześnie byłam młodą matką, z dala od Polski, bez możliwości kontaktu z rodziną — na rozmowę telefoniczną z Polską czekało się czasem kilka dni.

I wtedy pojawił się kościół?

Tak. Nie tylko z pobudek religijnych, ale z nostalgii i tęsknoty za Polską. W polskim kościele słyszałam język ojczysty, czułam się bliżej domu. Na nabożeństwach bywało kilka starszych Polek, kilku cudzoziemców i — oczywiście — funkcjonariusze KGB. Byliśmy obserwowani. Zresztą KGB interesowało się mną także na uniwersytecie. Byłam Polką w czasach Solidarności — to nie pomagało.

Tam spotkała Pani Polonię gruzińską?

Właśnie tam poznałam starsze panie, potomkinie polskich zesłańców i oficerów. Jedna z nich pokazała mi stary modlitewnik po dziadku — polskim generale służącym w Armii Carskiej. Zaprosiła mnie do siebie. Jej mieszkanie było pełne pamiątek, zdjęć, dokumentów. To mnie absolutnie pochłonęło. Zrozumiałam, że te piękne karty polskiej historii znikną, odejdą wraz z nimi, jeśli nikt ich nie wysłucha i nie zapisze.

I zaczęła się praca dokumentacyjna?

Spotykałam się z kolejnymi osobami, wysłuchiwałam opowieści, fotografowałam herby rodzinne i pamiątki, przeglądałam archiwa kościelne — metryki, świadectwa chrztu czy ślubu — ślady polskiej obecności w Gruzji. W Polsce spotkałam się z przedstawicielami Senatu RP, którzy zachęcili mnie, by to wszystko spisać. Powstało 50 numerów kwartalnika „Kaukaska Polonia” wydawanego w dwóch językach, dokumentujących życie i działalność Polaków, nie tylko w Gruzji, ale na całym Zakaukaziu — dziś wszystkie numery można znaleźć w Bibliotece Narodowej.

wywiad-Edukacja-2026-04-30-2a
Uczniowie polskiej szkoły sobotniej w Tbilisi podczas wiosennego obrzędu topienia marzanny w rzece Kura (2002) | Fot. z arch. pryw. Małgorzaty Pawlak

Kiedy pojawiła się idea szkoły?

W połowie lat 90. Najpierw była to niewielka grupka dzieci zaproszonych na kolonie do Polski. Poproszono mnie, żebym przed wyjazdem nauczyła je kilku słów po polsku. Po powrocie same dzieci, a także ich rodzice prosili o dalszą naukę. Pochodzę z rodziny nauczycielskiej, noszę w sobie tego szlachetnego „bakcyla”, a więc zgodziłam się z największą ochotą. Uczniów wciąż przybywało. Najczęściej swoje wnuki i prawnuki przyprowadzały babcie — potomkinie walecznych polskich patriotów, żołnierzy czy rodaków, którzy w poszukiwaniu lepszego życia trafili tu na przełomie XIX/XX w.

Tak powstało Polskie Centrum Edukacyjne?

Formalnie w 1998 r. Nie chciałam używać słowa „szkoła”, bo uczyć chcieli się wszyscy — dzieci, młodzież, dorośli, seniorzy. Wszystko budowane było wtedy wyłącznie na entuzjazmie i ogromnym zapale. To dzięki temu mojemu zaraźliwemu entuzjazmowi ówczesna dyrektorka Domu Sztuki w Tbilisi udostępniła nam pomieszczenia na klasy i dostęp do sali widowiskowej — zupełnie za darmo. We dwie z sekretarką szkolną pomalowałyśmy ściany w klasach i zmontowałyśmy sprowadzone z Polski ławki i tablice. „Wspólnota Polska” przekazała pierwsze podręczniki. Wiele innych polskich organizacji i fundacji także pospieszyło z pomocą humanitarną. Moi uczniowie na ogół pochodzili z biednych rodzin, w tych ciężkich dla Gruzji czasach, nasza szkoła była dla nich oazą nadziei, wiary w lepsze jutro i często praktycznym wsparciem. Bywało, że dzieci przychodziły do szkoły bez śniadania, na ławkach czekały więc na nie bułki i gorące mleko. Na zawsze pozostanie w moim sercu wspomnienie siedmioletniej dziewczynki, która ujrzawszy na swojej ławce piękne przybory szkolne i słodycze zamarła z zachwytu i wyszeptała: „Boże, ja chyba umrę”.

Jak wyglądała wtedy nauka?

Uczyłam nie tylko języka polskiego, historii Polski czy geografii. Przede wszystkim starałam się pomóc swoim uczniom, tym starszym i tym najmłodszym odnaleźć nici łączące ich z historyczną ojczyzną, zbudować w nich poczucie dumy z przynależności do naszej wielkiej polskiej rodziny. Kiedy liczba chętnych do nauki zaczęła przerastać moje własne siły, włączyłam do pomocy moje studentki z uniwersytetu w Tbilisi, które uczęszczały na lektorat języka polskiego. Z czasem wyodrębniliśmy Szkołę Polską im. Królowej Jadwigi. Dzieci pokochały tę postać — opowieści o niej budowały ich dumę i tożsamość.

Wspomina Pani o przełomie pod koniec lat 90.

Ogromne znaczenie miała wizyta papieża w Tbilisi w 1999 r. To był moment, w którym Gruzja otworzyła się na świat, a obecność Polski stała się bardziej widoczna. Niedługo później do Gruzji przyjechał prezydent Aleksander Kwaśniewski z małżonką. Jolanta Kwaśniewska odwiedziła naszą szkołę, przywiozła bogatą bibliotekę. Nasi absolwenci dostali możliwość studiowania w Polsce.

 Jak dziś Pani patrzy na tamten czas?

To była moja najpiękniejsza misja. Robiłam wszystko z potrzeby serca — z tęsknoty za Polską i z poczucia odpowiedzialności za ludzi, którzy tę Polskę nosili w sobie, choć często nie znali już języka. Wierzę, że nie znalazłam się w Gruzji przypadkiem…


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 17 (47) 30/04-08/05/2026

Afisze

Więcej od autora

Artysta, który słuchał kamienia. Wystawa poświęcona Mieczysławowi Paszkiewiczowi w Warszawie

Nie każda wystawa potrafi zatrzymać widza ciszą. Nie każda zaprasza do uważnego patrzenia — nie tylko na obrazy, lecz na los człowieka, który je stworzył. Wystawa poświęcona Mieczysławowi Paszkiewiczowi w Muzeum Niepodległości w Warszawie jest właśnie takim doświadczeniem: spokojnym, a zarazem przejmującym. To opowieść o artyście, który przeszedł przez piekło XX w. i nie utracił wiary w sens piękna. Nad merytorycznym i artystycznym kształtem ekspozycji czuwali kuratorzy wystawy: Jacek Konik oraz Małgorzata Karolina Piekarska. Był autorem 17 książek i licznych artykułów naukowych, a także członkiem prestiżowych towarzystw naukowych i literackich.

Między tradycją, konfliktem a jubileuszem: 45-lecie Hajnowskich Dni Muzyki Cerkiewnej

Hajnówka przez dziesięciolecia była miejscem szczególnym na mapie polskiej kultury muzycznej. To właśnie tam, na pograniczu tradycji, religii i kultur, narodził się Międzynarodowy Festiwal Muzyki Cerkiewnej, który z czasem wyrósł na jedno z najważniejszych wydarzeń artystycznych poświęconych duchowemu dziedzictwu Kościoła prawosławnego w Europie. Jego historia to jednak nie tylko pasmo sukcesów artystycznych i prestiżu, lecz także opowieść o napięciach, sporach o niezależność oraz dramatycznym rozdarciu, którego skutkiem było przeniesienie festiwalu do Białegostoku.

Wesele łowickie — barwna opowieść o tradycji, obrzędzie i wspólnocie

Wesele łowickie należy do najbardziej widowiskowych i bogatych obrzędów ludowych w Polsce.