Trawnikom na pohybel

167

Od lat namawiałam tatę, żeby zaniechał koszenia. Bo trawnik to ekologiczna pustynia. Bo oka nie cieszy. Bo to już niemodne. Na nic. Tata moje prośby kwitował wymownym milczeniem i regularnie ścinał trawę na jeża. Aż zepsuła mu się kosiarka (nie, nie maczałam w tym palców!).

Zanim ją naprawił, dookoła domu zdążyły zakwitnąć mlecze i stokrotki, wykiełkował słonecznik i paproć licho przyniosło nie wiadomo skąd. Innymi słowy, zrobiło się bajecznie. Trawnik wymyślili angielscy arystokraci. W swoich przydomowych parkach i ogrodach prezentowali cuda-niewidy: egzotyczne kwiaty, drzewa, krzewy takie, że ach! Ale chcąc pokazać, że są bogaci tak bardzo, że stać ich na marnotrawstwo, najmowali służących – ci opiekowali się ziemią, na której nie uprawiano absolutnie nic. Innymi słowy, służący pielęgnowali status. Tak powstał trawnik, który znamy – kawał ziemi porośnięty trawą, niesłużący niczemu. W Polsce działa Fundacja „Łąka”, która namawia do tego, by nie małpować angielskiej arystokracji, ale w miastach i na wsi tworzyć łąki kwietne. Fundacja przekonuje, że taka łąka jest lepszym i tańszym rozwiązaniem.

Nie trzeba jej często podlewać (rośliny łąkowe mają dłuższe korzenie), nie trzeba nawozić. Poza tym rośliny służą pszczołom i innym zapylaczom, które w dzisiejszych czasach mają ciężko. Nie chodzi o to, by zachwaścić sobie działkę. W sieci można kupić gotowe mieszanki nasion. Na przykład Pani Łąka (panilaka.pl) ma w ofercie łąki: „antykleszczowe”, „odporne na suszę”, „miododajne”, „ekspresowe”, „antysmogowe”, a nawet „balkonowe”. Naprawdę, jak się człowiek napatrzy na ich sielskie zdjęcia, to już z miłością na tuje nie spojrzy, tylko zatęskni za bławatkiem i koniczyną. Na stronie fundacji znalazłam też tekst o olbrzymich szkodnikach. Nosił tytuł „Dlaczego warto zwalczać kosiarki?”. Była nawet ilustracja: czarno-zielona kosiarka, a pod nią podpis: „Te szkodniki wyglądają niewinnie”. Emitują spaliny i wydają dźwięki o natężeniu ponad 100 decybeli (a według norm unijnych już 55 decybeli szkodzi naszym europejskim uszom, angielski służący byłby więc bardziej ekologicznym rozwiązaniem). Tata swoją kosiarkę naprawił, ale tym razem nie skosił wszystkiego tak jak leci – tylko zostawił kępki kwiatów i traw. Może za rok namówię go na założenie łąki kwietnej. W odróżnieniu od trawnika, który trzeba przycinać mniej więcej 20 razy w sezonie, łąkę – zaledwie dwa. Poproszę, by zaoszczędzony w ten sposób czas wykorzystał na robienie konfitur lub zabawy z wnukami.


Ewa Wołkanowska-Kołodziej


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 23(65) 06-12/06/2020