Agent Jīngmíng de Pǔjīng

Szerzy się na Rosji gadka, że Putin jest agentem Pekinu. W chińskim Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego pewnie jest zwany 精明的普京 (Jīngmíng de Pǔjīng) – przebiegły Put’ka. Cel operacji: przekształcenie zasobnego w wykształcone kadry, posiadającego rozwinięty przemysł i technologie imperium w chłonny rynek chińskich produktów i źródło tanich surowców na potrzeby Państwa Środka bez szansy na samodzielny rozwój. Fantastyczne zamierzenie, jak widzimy, jest praktycznie osiągnięte w ciągu paru lat, co jest światowym fenomenem.

Dla osiągnięcia tego celu agent Pǔjīng rozpoczął bezsensowną wojnę, której polityczne cele stały się nieosiągalne już w pierwszych godzinach działań zbrojnych. Złamane tabu nieprowadzenia wojny w Europie zaowocowało sankcjami, które szczególnie dotkliwe okazały się w sferze technologii. Szczególnie ucierpiał sektor IT, w którym Rosjanie mieli cały szereg pionierów: Siergiej Brin, współzałożyciel Google, Jewgienij Kasperski (cyberbezpieczeństwo), Ilja Suckiewier (Open AI), Andriej Sztierbinin i Arkadij Wołoż (Yandex), Pawieł Durov (Telegram). Nie ma dla nich miejsca w Rosji; zresztą jaki może być IT przemysł w państwie, w którym jest blokowany internet.

Rozwój Rosji już i bez wojny zaczął być hamowany poprzez sytuację, gdy każda firma może być doprowadzona do bankructwa, jeśli jej aktywa komuś z silnych się spodobały i ta anarchia prowadzi do sytuacji, że nie ma gwarancji bezpieczeństwa długoterminowych inwestycji w nowoczesne technologie. Uderza to przede wszystkim w przemysł intelektualny (wyrąb lasu czy pompowanie ropy tego nie poczują), zaś opłakane warunki życia na rosyjskiej „głubince” owocują napływem ochotników na wojnę; tyle że ten potok zaczął wysychać, bowiem nawet idioci zaczęli coś rozumieć. Na wszystko nakłada się atmosfera obozu koncentracyjnego, będąca hybrydą stalinizmu i opryczniny w mrocznym sosie Czarnej Sotni.

Największa katastrofa jednak nastąpiła tam, gdzie na pierwszy rzut oka bezpośredniego wpływu na rozwój państwa nie ma: Rosja straciła miękką siłę i przestała być producentem wzorców, a akurat to stanowi o wielkości państwa i narodu. To jest prawdziwy upadek, więc pozostało kłaniać się w Pekinie towarzyszowi Xi i z uśmiechem słuchać na bankiecie „Jezioro łabędzie”, co z typowo chińską perfidią zaoferowali gospodarze.

Podejrzewam jednak, że tak naprawdę Putin ma inny pseudonim u skośnookich gospodarzy: Wǒmen de Shījì’ěrlìcí (nasz Stirlitz)…


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 23 (65) 13-19/06/2026