Wilno nie dla wszystkich

Samorząd miasta głosi, że miasto jest dla wszystkich. I trzeba mu przyznać, że, rzeczywiście, są czynione kroki ku temu, by tak w niektórych kwestiach było – krokami w dobrym kierunku jest umożliwienie zwracania się do administracji w języku polskim czy budowa ścieżek rowerowych obok (nie zamiast!) dróg. Ale zarazem daje się do zrozumienia, że miasto nie jest dla wszystkich.

Mer Remigijus Šimašius, który bez jakichkolwiek konsultacji umieścił plażę na placu Łukiskim, zamiast tradycyjnie przy oddalonej o kilkaset metrów Wilii, pokazał wyraźnie, że nie ma w mieście miejsca dla patriotycznej wrażliwości, a wobec ludzi ją żywiących można bezkarnie uprawiać takie akty symbolicznej przemocy.

Można też odczuć, że miasto nie dba o ludzi starszych i niepełnosprawnych, rodziców z małymi dziećmi. Chodniki z wysokimi krawężnikami, ten spadek po sowieckiej opresji, są odnawiane z uporem godnym lepszej sprawy, płyty chodnikowe są nierzadko dziurawe i powykrzywiane, łatwo i zdrowemu tam upaść – a tymczasem administracja wyrzuca setki tysięcy euro na płotki, nadmierne regulowanie ruchu samochodowego, budowę niepotrzebnego stadionu narodowego.
Taka polityka, kiedy dba się o interesy budujących apartamentowce milionerów, oligarchów czy jednej firmy budującej płotki, a zarazem zaniedbuje najbardziej potrzebujących pomocy – jest niemoralna. I nie zmienią tego ani szumne deklaracje, ani przyklejony do twarzy uśmiech.