Lekcje matematyki na cmentarzu

Nie widziałam mojej mamy od pięciu lat. Od tego czasu liczę. Ot, przeglądam gazetę i gdzieś mi mignie nekrolog. Kiedyś zastanawiałam się, po cholerę ludzie drukują te klepsydry? A teraz wiem: drukują je dla mojego utrapienia. Nie jestem w stanie zignorować nekrologu, zanim nie policzę. Podobnie z książkami.

Daj Boże, jeśli jedynymi cyframi w książce są daty urodzeń i śmierci autora – wtedy tych rachunków jest niedużo. Ale niedawno trafiła mi się lektura wagi ciężkiej – korespondencja Iwaszkiewiczów z lat 1922–1926. Ludzie byli światowi: czy to w Zakopanem, czy w Paryżu czas spędzali głównie na „bywaniu”. Litościwy wydawca do każdziusieńkiego wspomnianego w listach nazwiska (a w jednym potrafiło paść i kilkadziesiąt) dołączył notkę biograficzną jegomościa, zaczynającą się od bezlitosnych liczb, np. „Feliks Gwiżdż (1885–1952), poeta…” albo „Magdalena Samozwaniec (1894–1972), pisarka…”. A proszę sobie wyobrazić, jaką mordęgą stały się dla mnie spacery po cmentarzu. Kiedyś uwielbiałam błąkać się między grobami, przyglądać się czarno-białym fotografiom utrwalonym na porcelanie, podziwiać kształt pomnika, zachwycać się mchem, co porósł wykute litery, a teraz widzę tylko cyfry.

A nie, liczyć nie mogę. Pewnej ulgi doświadczam na cmentarzach starych, takich jak wileńska Rossa, bo wielu tam leży młodych. Moja głowa obsesyjnie sprawdza, czy oni wszyscy żyli dłużej niż 54 lata. Jeśli krócej, to, ech, zdarza mi się westchnąć ze współczuciem, zamyślić, głową pokiwać, litość w sobie odnaleźć. No tak, komuś życie się kończy zaledwie po paru latach hasania po tym łez padole, komuś zdarzy się zemrzeć w 41. urodziny, kogoś zaś śmierć skosi tuż przed pięćdziesiątką. Taki los. Tak bywa. Tak Bóg chciał. Albo i nie chciał, ale tak wyszło. Smutno, ale cóż zrobić. No, przesiewam przez głowę te myśli i czuję się wtedy osobą jak najbardziej zrównoważoną. Po kwadransie wałęsania się po starej nekropolii nawet się uspokajam i liczę jakby mniej. Ale nie daj Boże, jeśli z moich rachunków wynika, że i ten, i ten, i tamten nieboszczyk przekroczyli ów magiczny wiek 54 lat, choćby o rok. Powiem jak na spowiedzi: staję się wtedy potworem, jędzą, bestią, bździągwą, cyniczną zgorzkniałą babą w wieku średnim. Jaką czuję wtedy złość, jakiś jad, zazdrość i nienawiść! Bo choć minęło już pięć lat, ciągle nie mogę zrozumieć, jakim prawem ktoś żył dłużej niż ona?!


Ewa Wołkanowska-Kołodziej


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 31(88) 01-07/08/2020