Wybory, czyli horrory. Felieton niemalże polityczny

Tuż przed ostatnimi wyborami trafiłam do szpitala. Wyszłam po dwóch tygodniach, nie wiedząc nawet, kto wygrał. Powiem szczerze: czułam ulgę, że miałam doskonały powód, by nie głosować. Wybory mnie przerażają. Nie umiem się odnaleźć w gąszczu starych i nowych partii, starych i nowych twarzy kandydatów i ich poglądów, które na przykład w 70 proc. są idealnie zgodne z moimi, ale w kolejnych 30 proc. zupełnie dla mnie nie są do zaakceptowania. Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy nie miałam takich rozterek. Całą rodziną jeździliśmy głosować „na swoich”. Od kiedy jednak uświadomiłam sobie, że ani w polityce, ani w życiu nie chodzi o to, by dawać kredyt zaufania komuś jedynie ze względu na narodowość, próbuję się do tych wyborów jakoś przygotować i sprawdzać, co ten lub tamten polityk myśli. Kiedyś usłyszałam radę: „Poświęć na to tyle czasu, ile poświęcasz, wybierając nowy samochód czy choćby telefon”. Zarówno moje auto, jak i smartfon są stare i porysowane, ale potrafię spędzić kilka dni, czytając w internecie opinie o lekarzach i sprawdzając ich kwalifikacje. W ramach przygotowań do wyborów bohatersko wybrałam się więc na dyskusję, w której wzięli udział przedstawiciele kilku partii. W sumie nie wiem, na co liczyłam. Może łudziłam się, że w międzyczasie Sejm RP zasponsorował wszystkim posłom kurs „Porozumienia bez przemocy” (swoją drogą, polecam) albo chociaż „Jak nie mówić do ściany”? Nie, nikt nie był po żadnym z tych kursów. Patrzyłam na panelistów i łapałam się na tym, że nie słyszę. „Kiepskie nagłośnienie” – szepnęłam do ucha sąsiadki. „Już nie rozumem po litewsku” – myślałam. „Maseczki zatrzymują dźwięk”; „Fatalna akustyka”; „Za cicho mówią”. W końcu uświadomiłam sobie, że mój mózg po prostu całym sobą broni się przed nudą. Mało elegancko wyszłam przed końcem, mając doskonałą i prawdziwą wymówkę: „Dzieci w domu płaczą”. A całą drogę wyobrażałam sobie spotkanie z politykami, podczas którego zadawałabym im takie pytania: „Kiedy i z jakiego powodu płakał pan ostatnio?”; „Czy był taki czas, kiedy nie chciało się pani wstawać z łóżka?”; „Dlaczego właściwie nie rozmawia pan ze swoimi dziećmi po polsku?”; „Czego pan żałuje?”; „Czego pani zazdrości?”; „Czy boi się pan śmierci?”. Ale pewnie wtedy w każdym z nich zobaczyłabym człowieka i jeszcze bardziej nie wiedziałabym, na kogo głosować.


Ewa Wołkanowska-Kołodziej


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 39(112) 26/09-02/10/2020