Jak stałam się fanką sanatoriów

Proszę sobie wyobrazić samochód, w którym kończy się paliwo, starły się hamulce, a w baniaku na płyn do spryskiwaczy jest sucho. W myjni on nie był, kilka stłuczek zaliczył, w środku uzbierała się kolekcja papierków po lodach i kubkach kawy ze stacji benzynowej. Widzą go Państwo oczami wyobraźni, prawda? Dodam, że ten samochód ciągle jest na chodzie – czasem trzeba go popchnąć, czasem gaśnie po przejechaniu dwóch metrów, ale cóż, jakoś pełznie.

Otóż od jakiegoś czasu czułam się właśnie jak taki samochód. I jak przyszedł czas zaplanowania kilku dni wakacji, to spojrzałam w głąb swojego silnika i stwierdziłam, że jeśli do tego mojego wewnętrznego auta zapakuję dwoje maluchów, męża, namiot, kuchenkę turystyczną i skrzynię cieciorki w puszce – to już nie ruszę w ogóle i trzeba będzie zmienić mnie na nowszy model. Postanowiłam zorganizować wakacje najłatwiejsze z możliwych. A jako że biedą człowieka jest to, że musi jeść, a w naszej kulturze przyzwyczailiśmy się do tego, by jeść kilka razy więcej, niż to konieczne – zaczęłam szukać jakiegokolwiek miejsca do spania, byle z pełnym wyżywieniem. Byłam przyzwyczajona do tego, że w Polsce to żaden problem – ot, dzwoni się do pierwszej lepszej agroturystyki, wynajmuje się pokoik i zamawia trzy posiłki dziennie.

A na Litwie raz, że z jakiegoś powodu trzeba wynająć od razu cały domek, i to jeszcze z łaźnią, to na obiad i kolację wszyscy odsyłają do restauracji. A w restauracji z dziećmi bywa tak, że zamówi się cztery różne dania, a za chwilę samemu trzeba je zjeść, bo połowa rodziny mówi, że są one – cytuję – ble i fuj. Okazało się, że jedzenie w formie szwedzkiego stołu serwują na Litwie jedynie sanatoria. Poczułam się staro, ale pojechaliśmy. I co? To był czad, odkrycie nieznanego oblicza Litwy. W sanatoryjnej stołówce spotykali się ludzie z różnych grup społecznych: trochę dzieci, nieco hipsterów, najwięcej jednak osób starszych. Ktoś – tak jak my – wykupił sobie wczasy, a ktoś przyjechał ze skierowaniem po operacji bioder albo z bólem kręgosłupa. Podobało mi się wszystko. Las i Niemen za oknem. Codzienna gimnastyka. Uśmiech personelu. Ale przede wszystkim czułam, że odkryłam litewskie all inclusive, tyle że etyczne: bez wyzysku, bez niszczenia plaż, bez poczucia winy, że jest się tym, którego stać na głupie leżenie przy basenie w Egipcie, Turcji i Tunezji. Z codzienną refleksją nad przemijaniem, nad zdrowiem, nad tym, że wszyscy my – i na swoich balkonikach, i z pustymi silnikami – jesteśmy na chwilę.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 24(69) 12-18/06/2021