Nie budujmy muru

Przed każdymi kolejnymi wyborami często można usłyszeć: „Jaka różnica, na kogo głosować? Oni [politycy] są jednakowi. Wszyscy. Im wyłącznie chodzi o władzę, o stołki dla siebie i otoczenia. A dla nas nie ma żadnego znaczenia, kto z jakiej partii będzie przy jakim stołku siedział”. Nic bardziej mylnego i szkodliwego. I to w pierwszej kolejności szkodliwego dla samych głosicieli takich tez.

Oczywiście, że politykom chodzi o władzę i stanowiska, bo właśnie „stołki” dają możliwość tę władzę sprawować. I właśnie dlatego bardzo wiele zależy od tego, kto na tych stołkach zasiada. Historia niepodległej Litwy jest świadectwem tego, jak poglądy sił politycznych, sprawujących władzę, wpływały na sytuację w kraju i na nasze codzienne życie.

Po 1990 r. spory polityczne przechodziły najpierw po linii prawica–lewica. Prawica była bardziej nacjonalistyczna i bezkompromisowa w budowie niepodległego państwa. Podczas swoich pierwszych rządów w latach 1990–1992 wyburzyła podstawowe filary systemu sowieckiego. Na przykład kołchozy i sowchozy, które odgrywały kluczową rolę w życiu wsi w ciągu dziesięcioleci, zostały zlikwidowane dzięki przyjęciu jednej ustawy.

Z kolei litewska lewica nie tyle walczyła o interesy socjalne większości mieszkańców, ile o interesy czerwonej nomenklatury. Szczególnie dało się to odczuć w okresie prywatyzacji. I dzięki temu również dzisiaj byli „towarzysze” mają ogromny wpływ na gospodarkę Litwy. Potem nadeszła epoka populistów Partii Pacy Wiktora Uspaskicha i Porządku i Sprawiedliwości Rolandasa Paksasa. Zapisali się nie tyle swoim udziałem w rządach, ile tym, że chwytliwymi obietnicami potrafili błyskawicznie zaskarbić sobie poparcie sporej części elektoratu.

Ich udział w polityce ujawnił też, jak duża jest różnica między elitami dużych miast a resztą kraju. Ta ogromna różnica pozostała do dziś. I nic więc dziwnego, że kolejna runda walki o władzę będzie przebiegała właśnie między elitami, które zadomowiły się na szczytach władzy, a tymi, którzy potrafią zaproponować litewskiej prowincji coś dla niej ważnego, czego nie potrafią (czy raczej nie chcą) dać elity.

Pojawienie się Wielkiego Marszu Obrony Rodziny dowodzi, że tradycyjne wartości, od których odwróciły się litewskie elity, mogą się stać potężną bronią dla nowej siły, która, o ile oczywiście dojdzie do władzy, może mocno zmienić Litwę.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 26(74) 26/06-02/07/2021