Leonard Talmont, Polak Roku 2009 „Jestem najpierw człowiekiem”

Czy może Pan podzielić się z przyszłymi laureatami wiedzą, jaka droga prowadzi po laury tytułu „Polak Roku” w plebiscycie Czytelników „Kuriera Wileńskiego”?

„Wszytko zależy od tego, jak ciebie ludzie oceniają i czy jesteś prawdziwym człowiekiem” Fot. Marian Paluszkiewicz

Przede wszystkim prawda i praca. Bo wszytko zależy od tego, jak ciebie ludzie oceniają. A oceniają według twojej pracy i czy jesteś prawdziwym człowiekiem. Zawsze kieruję się słowami rodziców. Często powtarzali, żebym zawsze pamiętał, że najpierw jestem człowiekiem, a dopiero potem agronomem, starostą, merem… Nauczali, że należy być szczerym człowiekiem i mieć szacunek do ludzi. „Bo dziś jesteś kimś, a jutro możesz być nikim” — mówili mi. Dlatego zawsze staram się być tym człowiekiem wobec siebie i innych. Owszem zdarza się mi zrugać człowieka, podwładnego, za co też czasami zarzuca się mi, że mam skłonności „dyktatorskie”. W pracy jednak najpierw musi być wykonana robota, a po pracy dopiero przyjacielskie relacje. Bywam więc surowy wobec innych, ale nigdy z nienawiści, czy złości do człowieka.

Girl in a jacket

Oddając na Pana głos w konkursie „Polak Roku” czytelnicy „Kuriera Wileńskiego” kierowali się zapewne znanymi jedynie im racjami. Za jakie wydarzenie Pan uważa za najważniejsze, które mogło przesądzić o ocenie Czytelników?

Mówiąc o sukcesach politycznych (jako że jestem politykiem), to należy tu wymienić ogólnie udane ubiegłoroczne wybory — prezydenckie oraz piękny wynik Akcji Wyborczej Polaków na Litwie w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Dla mnie osobiście ważnym z politycznego punktu widzenia było wygranie wyborów parlamentarnych, co też udało się, otrzymując rekordowy wynik w glosowaniu. W sumie to świadczy o tym, że wszystko, co robimy wspólnie dla Wileńszczyzny i społeczności polskiej odpowiada nadziejom i oczekiwaniom rodaków. A przyznanie przez Czytelników „Kuriera Wileńskiego” zaszczytnego tytułu „Polak Roku” należy uznać za piękne podsumowanie tych osiągnięć minionego roku.

Z tej okazji było na pewno wiele gratulacji, a czyje życzenia dla Pana były najbardziej oczekiwanymi?

Oczywiście, osób najbliższych. Niestety, nie doczekałem się chyba tych najbardziej oczekiwanych gratulacji, bo od swojej mamy, którą los niedawno nam zabrał. Myślę, że bardzo ucieszyłaby się, że zostałem uhonorowany tytułem człowieka roku, bo to głównie jej — rodziców jest zasługa, jakim jestem człowiekiem… Było jednak wiele ciepłych i nie mniej oczekiwanych gratulacji ze strony żony, dzieci oraz na bliskich przyjaciół.

W kontekście oczekiwań społeczeństwa Pan musiał jednak podjąć osobistą decyzję, która kardynalnie zmienia Pana sytuację, a nawet styl życia. Czy trudna była ta decyzja o przejściu z urzędu mera do pracy w Sejmie?

Faktycznie ta decyzja kardynalnie zmienia wiele rzeczy w moim życiu i życiu moich bliskich. Więc nie była ona łatwą decyzją. Mówiąc żartem, zawsze jest bowiem lepiej być pierwszym na wsi, niż drugim w Rzymie. Jestem jednak człowiekiem „drużyny” — była decyzja partii o wystawieniu mojej kandydatury. Zgodziłem się więc. Jestem bowiem zdania, że człowiek, szczególnie zajmujący kierownicze stanowisko, będący wśród liderów, nie może długo zajmować przysłowiowe jedno krzesło. Musi być rotacja. I nie o ocenę pracy tu chodzi. Chodzi bowiem o to, że inny człowiek na moim miejscu może na wszytko spojrzeć inaczej i inaczej też zrobić robotę, co też generuje postęp. To jest słuszne założenie. Być może, dlatego jedna osoba nie może być prezydentem więcej niż dwie kadencje. To samo powinno dotyczyć polityków i posłów. Bo człowiek, który od lat siedzi na jednym stołku, często traci poczucie realności, nabiera przekonania nieomylności. Dlatego muszą być zmiany, powinni przychodzić inni ludzie, mający inne spojrzenie, inne zrozumienie, a będziemy do przodu.

A Pan się nie boi, że Panu też może przydarzyć się ta utrata poczucia realności?

Nie obawiam się tego, bo wiele w swoim życiu doświadczyłem i poznałem życie z różnych stron. Byłem szykanowany za poglądy polityczne, zwalniany z pracy, przezwyciężyłem kłopoty na skutek rozwiązania tzw. autonomii, kiedy rozpędzono wszystkie nasze rady i samorządy. Półtora roku byłem bez pracy. Było trudno. Ale człowiek musi chcieć, musi mieć cel w życiu, nie musi bać się zmian i ciężkiej pracy. Od młodości postępowałem w ten sposób, czy to jako młody rolnik pracując w gospodarstwie, czy też później na stanowisku starosty, potem mera. Trzeba być zawsze oddanym swojej pracy i szczerze zapracować wynagrodzenie. Inaczej praca dla mnie nie ma sensu, bo nie wszystko można przeliczyć na pieniądz, nawet ten zarobiony.

Ale nawet pracując szczerze, nie wszytko nam się udaje dobrze. Jak Pan ocenia wyniki swojej pracy na byłym już stanowisku mera?

Trudno siebie samego oceniać, szczególnie że minęło zaledwie dwa miesiące, jak zostałem posłem. Ale owszem, można powiedzieć, że zawsze można zrobić coś lepiej. Czas więc pokaże, jak bardzo. Jeśli jednak mówić o wynikach naszej pracy, to wiele rzeczy udało się nam zrobić. Chociażby to, że gdy przejmowałem stanowisko mera rejonu, to mieliśmy zadłużenie ponad 22 mln litów, przy rocznym budżecie 29 milionów. Na Litwie były tylko dwa tak zadłużone samorządy. Zastanawiano się nawet o ogłoszeniu ich upadłości. Pracowaliśmy z drużyną, żeby wyjść z tej sytuacji i nam się udało. Dziś tylko z funduszy pomocniczych rejon ma 90 mln litów do zagospodarowania. Oczywiście, zawsze chce się więcej osiągnąć. Również dlatego, że nasza Wileńszczyzna była przez władze sowieckie (jak też i teraz często jest) traktowana po macoszemu, dlatego potrzebuje rozwoju.

Czy ten rozwój będzie też Pana celem w pracy w parlamencie?

Na pewno. I tu musimy iść w dwóch kierunkach — ekonomicznym i politycznym. Musimy zadbać przede wszystkim o gospodarczy rozwój Wileńszczyzny. Polityczny zaś aspekt jest od lat niezmienny. Musimy wreszcie załatwić te problemy, jak podwójne nazewnictwo, nazwiska, używanie języka i inne. Nie będzie to łatwe do zrobienia. Bo jesteśmy w mniejszości i na dodatek w opozycji. Wychodzę jednak z założenia, że wszyscy jesteśmy ludźmi i powinniśmy się dogadać, znaleźć kompromis. Żyjemy bowiem w nowym świecie, w nowej Europie. Jest oczywiście grupa tzw. narodowców, których żadnymi argumentami nie da się do tego przekonać. Ale większość, sądzę, myśli pozytywnie. Musimy więc zostawić historię historykom, a politycy powinni zająć się przyszłością. Wierzę, że w końcu dojdziemy do kompromisu, choć na pewno nie będzie to droga ani łatwa, ani krótka.

Rozmawiał Stanisław Tarasiewicz