Znowu odbierają Polakom ziemię — druga fala nacjonalizacji?

Gudele położone w malowniczej dolinie przypominają raczej widoki szwajcarskie niż podwileńską miejscowość Fot. Marian Paluszkiewicz

Mimo zapewnień kolejnych rządów, w tym obecnego, wciąż nie znajduje finału proces zwrotu ziemi Polakom na Litwie, ciągnący się już od 20 lat.

Po wizytacji we wrześniu ubiegłego roku rejonu wileńskiego, premier Andrius Kubilius zapewnił miejscowych Polaków, że jego rząd spełni ich oczekiwania i zwróci ziemię w ciągu najbliższych 2 lat.

Girl in a jacket

I chociaż jeszcze pozostaje trochę czasu do spełnienia obietnic premiera, już dziś te obietnice można między bajki włożyć.

— Wciąż słyszymy obietnice, jednak jak na razie brakuje praktycznego ich wykonania — mówi w rozmowie z „Kurierem” Renata Cytacka, sekretarz Rady samorządu rejonu wileńskiego. Wyjaśnia, że początkowo władze tłumaczyły swoją opieszałość reformą administracyjną, na mocy której zostały zlikwidowane urzędy naczelników powiatów, które dotychczas zajmowały się zwrotem ziemi.

Czesław Kamiński mówi, że jeśli nie znajdzie sprawiedliwości na Litwie, to będzie zmuszony poszukać jej w Strasburgu Fot. Marian Paluszkiewicz

— Potem zaczęła się wielka przeprowadzka rejonowego wydziału regulacji rolnej z ulicy Witebskiej na Kalwaryjską, która aczkolwiek była potrzebna, jednak trwała do lutego i na szczęście się już skończyła — zauważa sekretarz Rady.

Ale, co gorsze, jak zaznacza Renata Cytacka, kierownictwo oddziału, które teraz decyduje o zwrocie ziemi, ociąga się z zatwierdzeniem dokumentów na zwrot ziemi, chociaż żadnych formalnych powodów do wstrzymania decyzji nie ma.
— Jest to dziwna sytuacja, bo wydaje się, brakuje formalnej decyzji kierownictwa wydziału nawet w przypadkach, kiedy wszystkie wnioski są już przygotowane. Co więcej, z naszych informacji wynika, że oddział znacznie więcej zatwierdzał wniosków w okresie, kiedy miał tymczasowe kierownictwo, niż obecnie, gdy na stanowisku kierownika jest już zatrudniona konkretna osoba — zaznacza Renata Cytacka. Dodaje też, że choć pozytywnie można oceniać, że znacznie skrócono termin oczekiwania na przyjęcie interesantów, to już na odpowiedź muszą oni czekać nieraz nawet kilka miesięcy.

— Administracja samorządu odczuwa to również na sobie, bowiem jako instytucja realizująca różne projekty, w tym unijne, często zwracamy się do wydziału regulacji rolnej w sprawie tych projektów, jednak odpowiedzi czekamy w ciągu dwóch, nieraz trzech miesięcy — wyjaśnia nam sekretarz Rady samorządu rejonu wileńskiego. I konkluduje, że mimo wciąż składanych obietnic premiera, sytuacja ze zwrotem ziemi, jeśli i poprawia się, to nieznacznie.

Zwraca też uwagę na rządowe statystyki, w których podaje się, że w rejonie wileńskim ziemię zwrócono już 85 proc. pretendentom (tu warto zaznaczyć, że średnia krajowa, to ponad 99 proc. — przyp. autor). Natomiast, jak wyjaśnia Cytacka, statystyki te uwzględniają również te osoby, którym formalnie przyznano prawo do ojcowizny, jednak wciąż oczekujących na decyzję prawną.

Józef Kamiński ze swoją rodziną w sierpniu 1932 roku przed domem rodzinnym w podwileńskich Gudelach Fot. archiwum

Tymczasem, jak wyjaśniamy, żadne statystyki nie uwzględniają procesu powtórnej nacjonalizacji ziemi, która już była zwrócona prawowitym właścicielom. A że ten proces nasila się, możemy sądzić również na podstawie sygnałów od poszkodowanych osób, jakie docierają do redakcji „Kuriera”.

Że następuje fala drugiej nacjonalizacji, potwierdza również Renata Cytacka. Jak mówi, na razie następuje ona w Wilnie i dotyczy głównie osób, którym była zwrócona ojcowizna z terenami leśnymi.

Litwa uznała bowiem, że tereny leśne należy zaliczyć do lasów państwowych, a te, zgodnie z prawem, nie podlegają reprywatyzacji, więc zaczęto Polakom znowu odbierać już zwróconą ziemię.

— Jest co najmniej 150 takich przypadków w samym Wilnie — mówi Cytacka.

W 20 przypadkach osoby poszkodowane przeszły już gehennę drogi sądowej na Litwie, ale nie znalazły tu sprawiedliwości, więc 20 spraw przeciwko Litwie już wpłynęło do Strasburga.

Ustaliliśmy też, że dochodzi do przypadków, na razie pojedynczych, odbierania już zwróconej ziemi, na podstawie domniemanych błędów podczas procesu zwrotu.

Ofiarą takich „błędów” , m.in. stali się potomkowie Józefa Kamińskiego, który przed wojną w podwileńskich Gudelach miał prawie 50 hektarów ziemi, a które w testamencie przekazał dziesięciorgu swoich dzieci oraz żonie.

— Po odzyskaniu niepodległości przez Litwę, już w 1992 roku złożyliśmy z krewnymi podania o zwrot ojcowizny w Gudelach, gdzie od wieków Kamińscy mieszkają bok w bok — mówi Czesław Kamiński, wnuk Józefa Kamińskiego.
Pan Czesław wraz z krewnymi dołożyli wiele starań, żeby dostarczyć do urzędu wszystkie potrzebne dokumenty, w tym archiwalne mapy i dokumenty spadkowe.

— Od urzędników słyszeliśmy nieraz, że nasze dokumenty na zwrot ziemi są najbardziej skompletowane i najmniej budzące wątpliwości w całym rejonie — mówi Czesław Kamiński. Ale jak okazało się później, nawet tak „porządne papiery” nie gwarantują, że miejscowi Polacy unikną problemów ze zwrotem ziemi.

Na początku państwo litewskie na swoją korzyść oskubało potomków Józefa Kamińskiego z kilku hektarów, które zabrano z tytułu mienia spadkobierców Józefa, którzy repatriowali do Polski, bo według prawa litewskiego, takim spadkobiercom nie należy się nic. W końcu zwrócono, ale tylko część ojcowizny. Do dziś państwo litewskie nie zwróciło potomkom Józefa Kamińskiego około 12 hektarów ziemi w mieście. A ponieważ w mieście wolnej ziemi do zwrotu już dawno nie ma, to spadkobiercy mogą liczyć na zwrot ziemi w rejonie, ale po zastosowaniu współczynnika, już na ponad 74 ha.

Wciąż jeszcze żywy świadek sprzed wieków — dom rodzinny Kamińskich w Gudelach Fot. Marian Paluszkiewicz

Tymczasem okazało się, że zamiast zwracać, państwo chce im odebrać część już zwróconej ziemi, bo, jak wyjaśnia się w piśmie naczelnika powiatu (który zresztą wcześniej asygnował wniosek o zwrocie ziemi spadkobiercom Józefa Kamińskiego), urzędnicy błędnie obliczyli wartość ziemi przeznaczonej do zwrotu i „niechcący” zwrócili Czesławowi Kamińskiemu i jego bliskim więcej ziemi, niż im się należało (sic!).

Pan Czesław i jego krewni sądzą jednak, że nie o błąd tu chodzi. Ich podejrzenia potęguje fakt, że ci sami urzędnicy rejonowego wydziału regulacji rolnej zatwierdzili dla osoby spoza rodziny wniosek na zwrot w Gudelach około 2 hektarów ziemi, aczkolwiek we wsi wolnej ziemi już nie ma od lat, toteż takiego wniosku urzędnicy zwyczajnie nie mogli zatwierdzić. Tym niemniej wniosek zatwierdzono.

Po obliczeniu obszaru ziemi, jaką urzędnicy chcą zabrać spadkobiercom Józefa Kamińskiego, w Gudelach pojawi się akurat 2 ha wolnej ziemi. Pozostaje tylko retorycznie zapytać, komu ta ziemia zostanie oddana?

Czesław Kamiński i jego krewni nie zgodzili się z wnioskiem o ponownym zaborze ich ziemi i skierowali sprawę do sądu. Sąd ich wniosek zwyczajnie odrzucił motywując tym, że ponieważ oni nie zgadzają się na dobrowolne oddanie ziemi, więc najpierw ma uprawomocnić się nakaz prawny zabrania im ziemi przemocą, tylko wtedy będą oni mogli skarżyć się w sądzie.

— To jest zwyczajna bezczelność, bo sprawa może ciągnąć się latami, a w tym czasie odebraną nam ziemię oddadzą obcym i być może wielokroć ją sprzedadzą — mówi Czesław Kamiński. Dodaje też, że Kamińscy nie pogodzą się z tym barbarzyństwem i jeśli sprawiedliwości nie ma na Litwie, to poszukają jej w Strasburgu i instytucjach unijnych.
Korzenie rodziny Kamińskich w Gudelach sięgają początku XIX wieku, kiedy tu zamieszkał z rodziną pradziadek Andrzej Kamiński. Jego syn Józef urodził się tu w 1864 roku i przejął majątek po ojcu. Tu się urodziło dziesięcioro dzieci Józefa, który w 1920 roku dokupił do około 10-hektarowego majątku jeszcze prawie 40 hektarów. Sprzedawcą był przodek sławnego na Litwie rodu Pimenowów — Arsenij. W ten sposób Józef Kamiński stał się właścicielem ogromnej połaci ziemi położonej w malowniczej dolinie wsi Gudele. W tamte czasy zagospodarowanie stromych stoków, pagórków i głębokich wąwozów wymagało wiele wysiłku i pracy. Dziś to malowniczy teren otoczony lasem przypominający raczej przeciętą strumykiem górską dolinę gdzieś w Tatrach czy w górach Szwajcarii. I 2 hektary nawet na skraju tej „szwajcarii” na pewno są łakomym kąskiem dla różnej maści „miłośników natury”. Problem jednak polega na tym, że tu nie ma wolnej ziemi. Ale Litwa to nie Szwajcaria i takie problemy litewski urzędnik rozstrzyga zwyczajnie — jeśli nie ma wolnej ziemi, to należy ją… komuś zabrać.

— Rząd obiecuje Polakom, że już niebawem zwróci ziemię w rejonie wileńskim, ale na sobie doświadczyłem, czego są warte takie obiecanki. Bo jeśli rząd nawet zwróci ziemię, to nie oznacza, że zaraz jej znowu nie zabierze — mówi Czesław Kamiński i ostrzega rodaków, żeby ślepo nie wierzyli w kolejne obietnice kolejnych litewskich władz.