Kryzys u sąsiadów: Czarny los Białej Rusi

Potęgę białoruskich BIELAZów często utożsamiano z chwaloną potęgą białoruskiej gospodarki, która w odróżnieniu od maszyny, okazała się kolosem na glinianych nogach Fot. Marian Paluszkiewicz

Białoruski dyktator, Aliaksandr Łukaszenka, udowodnił światu, że los planowej gospodarki zrodzonej przez sowietów zawsze kończy się tak samo — katastrofą gospodarczą, która wcześniej czy później spowoduje krach systemu finansowego, socjalnego i też politycznego. W czas i w porę zrozumieli to nawet twardogłowi chińscy komuniści i ich jeszcze bardziej zawzięci fanatycy Marksa, Engelsa i Lenina z Wietnamu.

Reguła nieuniknionego upadku gospodarki planowej, aczkolwiek powoli, dociera również do świadomości kubańskiego dyktatora Fidela Castro. I tylko komunistyczny reżim północnokoreański, mimo tragedii całego narodu, wciąż trwa w wierności „ideałom” komunizmu, bo zdaje sobie sprawę, że dając wolność rynkowi, musi liczyć się, że wcześniej czy później musi dać wolności obywatelskie społeczeństwu, bo inaczej ono sama sobie je weźmie.

Girl in a jacket

Jaką drogą pójdzie białoruski reżim — wybierze liberalizację gospodarki i swobód, czy też drogę dalszej stagnacji i spadku w otchłań katastrofy ekonomicznej (bo trzeciej drogi Białoruś, wydaje się, nie ma, bo nie mieli jej nawet dyktatorzy Egiptu i Libii, mimo że posiadali faktycznie bezgraniczne zasoby finansowe w postaci petrodolarów), będzie zależało od roztropności samego białoruskiego dyktatora, jak też uwarunkowań geopolitycznych, a przede wszystkim od samego społeczeństwa, które zabiegane w poszukiwaniu waluty i produktów wydaje się, jeszcze nie ma czasu na zastanowienie się: „Co dalej?”.

— Nie wiem, co dalej. Mamy już tego dość, ale naród nasz jest w większości bojaźliwy, więc nie sądzę, że będziemy mieli wariant libijski. Instynkt samozachowawczy Białorusinom nie pozwoli wyjść na ulice. On to dobrze wie i czuje się pewnie. Przynajmniej na razie — mówi nam Andrej z Baranowicz w Zachodniej Białorusi, którego spotkaliśmy sobotnim popołudniem przed wileńskim „Akropolisem”. Ostatnio Andrej do Wilna przyjeżdża regularnie i wyłącznie na zakupy. Oprócz codziennych zakupów, kupuje wszystko, co można będzie potem sprzedać — sprzęt AGD i RTV i inne „trwałe” towary, bo, jak mówi, to jedyny dziś sposób zabezpieczyć swoje oszczędności w białoruskich rublach przed galopującą w Białorusi inflacją. Czasami kupuje też dolary i euro, ale przyznaje, że taka forma zabezpieczenia swoich białoruskich finansów jest mniej atrakcyjna.

Kryzys białoruski jest dla „przemytników” paliwa i handlarzy używanymi samochodami wyjątkową okazją do wyjątkowych zysków Fot. Marian Paluszkiewicz

— Na sprzęcie mam większą przebitkę, bo u nas prawie wszystko jest droższe, a teraz kupują też wszystko, tylko dawaj, bo każdy chce pozbyć się bezwartościowych już „zajączków” („ludowa” nazwa białoruskich rubli — przyp. red.) — tłumaczy nam Andrej, który tego dnia, podobnie jak setki innych jego rodaków, przyjechał do wileńskich centrów handlowych na kolejne już w tym miesiącu zakupy.

Białorusini cieszą się, że w Wilnie bez problemu mogą jeszcze wymienić „zajączki” na lity czy inną walutę, co na Białorusi graniczy dziś z cudem, bo choć ostatnio białoruskie władze zdewaluowały rubla, to od tego jednak waluty w kantorach Mińska i innych białoruskich miastach nie przybyło. Tymczasem w Wilnie można jeszcze swobodnie konwertować białoruski rubel, aczkolwiek jego kurs względem innych walut jest zdecydowanie wyższy niż chce oficjalny Mińsk.

Jak ustaliliśmy, wczoraj (27 maja) oficjalny kurs wobec euro wynosił na Białorusi około 7 tys. białoruskich rubli, tymczasem w wileńskich kantorach trzeba było oddać za euro ponad 9 tys. „zajączków”.

— Tak, prowadzimy skup białoruskiej waluty według kursu 38,05 c za 1000 białoruskich rubli. A sprzedaż mamy na poziomie 47 c za 1000 rubli — poinformowano nas wczoraj w jednym z popularnych wileńskich kantorów w okolicach kolejowego i autobusowego dworców. Zapewniono też, że „na razie” można sprzedać dowolną ilość „zajączków”.

— Kupić też można dowolną ilość, pod warunkiem, oczywiście, że będziemy mieli potrzebną sumę tych rubli — zapewniono nas w kantorze. Wbrew pozorom, zastrzeżenie kasjerki, że kantor niekoniecznie może mieć potrzebną sumę „zajączków”, nie jest gołosłowne, bo jeśli przyjeżdżający na Litwę Białorusini chętnie pozbywają się w kantorach swojej waluty, to nasi rodacy, którzy jeżdżą „tankować na Białoruś” chętnie ją kupują, bo „tankowanie” za „zajączki” kupione w wileńskim kantorze ma lepszą przebitkę niż wymieniać walutę na miejscu na Białorusi.

— Teraz, mając możliwość wizową, chyba tylko głupi nie pojechałby tam zatankować, bo jeśli przed ich kryzysem mogłem zaoszczędzić około 90 c na litrze paliwa, to dziś oszczędzam prawie 2 lity — tłumaczy nam Oleg z Wilna. Oleg ma wielorazową wizę białoruską, więc raz tygodniowo stara się tam pojechać.

— Zatankuję pod kurek, jeszcze trochę wrzucę do bagażnika, więc na tydzień jazdy wystarcza. A na dodatek jeszcze coś tam się kupi — papierosy, wódkę w ramach dozwolonego limitu, więc co tydzień coś tam się zaoszczędzi — mówi nam Oleg.

Jak ustaliliśmy, wczoraj (27 maja) litr popularnego sprowadzanego na Litwę paliwa dieslowego na stacjach paliwowych Mińska kosztował około 3900 rubli białoruskich, czyli w przeliczeniu według kantorowego kursu „zajączków” w Wilnie — około 2 litów, gdy tymczasem na stacjach wileńskich litr diesla kosztuje około 4,2 lita.

Oleg dodaje też, że dlatego większość jego krewnych i znajomych również regularnie jeździ tankować na Białoruś.
— Ci, którzy mają tam rodzinę, wystarali się o wielokrotną wizę — tłumaczy rozmówca.

Według naszych obliczeń, taki wypad na Białoruś, tylko na paliwie daje oszczędzić kilkaset litów jednorazowo, czyli nasz rozmówca miesięcznie „oszczędza” w sumie około 800 litów, inni tyle mogą zarobić, ale w ciągu zaledwie kilku dni, bo „przemyt” w baku białoruskiego paliwa odbywał się na Litwie od lat, a ostatnio wręcz przeżywa swój złoty okres, bo jak przyznają wyjeżdżający na Białoruś, jeszcze nigdy wcześniej, jak teraz nie opłacało się „tankować” na Białorusi.

— Więc jadą i to masowo, a niektórzy to nawet po kilka razy dziennie tam i z powrotem — mówi nam Oleg. Dodaje, że ostatnio jednak kolejki są tak długie, że doby ledwo starczy, żeby tam pojechać i wrócić.

— Ostatnio stałem w kolejce osiem godzin tam i sześć z powrotem — tłumaczy nasz rozmówca. — Z powrotem nieco szybciej idzie, bo Białorusini „odpuścili” sobie szczegółową kontrolę. Podobno — tak słyszałem — tam mają z góry rozkaz, żeby nie przeszkadzać w wywozie towarów białoruskich, oczywiście, w ramach rozsądku — wyjaśnia Oleg.
Kolejki na białorusko-litewskich przejściach granicznych potęguje jednak nie tylko wzmożony ruch „passatowych tankowców” (tzw. przemytnicy paliwa w bakach wykorzystują do tego procederu volkswageny passaty, do których baków, jak mówią znawcy, można zatankować nawet 110 litrów paliwa), ale też białoruscy handlarze używanych samochodów. Ich aktywność szczególnie wzrosła w ostatnich miesiącach, bo jak podają białoruskie źródła, od 1 lipca Białoruś razem z Rosją i Kazachstanem w ramach swojego sojuszu celnego wprowadzają znacznie wyższą stawkę na sprowadzane z zagranicy używane auta. Każdy więc chętny nabycia samochodu chce to zrobić przed 1 lipca, a Litwa dla nich wciąż pozostaje największym rynkiem używanych aut. Dlatego wywożą na potęgę, nie przebierając w propozycjach, przy tym najwięcej wywożą Białorusini, którzy mając większe możliwości otrzymania litewskich wiz,  kupują samochody z Litwy (ale też z Estonii — przyp. red.) również Kazachowie i częściowo Rosjanie, bo ci głównie wolą sami przyjechać na Litwę po samochód.

Eksport używanych samochodów z Litwy na Białoruś jest ostatnio tak potężny, że dało to pretekst białoruskiemu dyktatorowi do oskarżeń pod adresem handlarzy samochodami, że to oni rzekomo spowodowali w kraju kryzys walutowy, bo wywieźli wszystkie dolary i euro na Litwę. Zresztą tym razem Łukaszenka miał trochę racji, bo jak ocenili eksperci „Bloomberg”, największej na świecie agencji prasowej, specjalizującej się w informacji o tematyce gospodarczej i finansowej, pokaźny skok w ostatnim kwartale litewskiego (ale też i estońskiego) PKB (6,9 proc.) w większości był spowodowany właśnie wzrostem obrotów na miejscowych rynkach samochodów używanych. Ekonomiści ostrzegają też, że jeśli te oceny okażą się słuszne, to litewską gospodarkę czeka nie najlepsza perspektywa. Szczególnie po 1 lipca, kiedy to cła zaporowe zamkną rynki wschodniego sojuszu celnego przed używanymi samochodami z Litwy. Ten spadek dodatkowo spotęgują poważne kłopoty litewskiego biznesu na białoruskim rynku. Ostatnio bowiem spółki litewskie zachęcane aplauzem krajowych władz zafascynowanych „cudem” gospodarczym „łukanomiki”, jak sami Białorusini sarkastycznie nazywają swój system gospodarki planowej, chętnie inwestowali na Białorusi, gdzie powstawały potężne litewskie zakłady produkcyjne i usługowe. Ocenia się, że na Białorusi działa około 400 spółek z litewskim kapitałem, chociaż właściwie należy używać tu czasu przeszłego, bo kryzys walutowy przede wszystkim uderzył w te spółki, które tak samo szybko, jak zaczynały swoją działalność na Białorusi, dziś równie szybko wycofują się z niej, bo każdy dzień zwłoki spółkom litewskim może słono kosztować.