Litwa nie poczuwa się do „pomocy reżimowi Łukaszenki”

Uczestnicy wtorkowego posiedzenia Komitetu Spraw Zagranicznych ubolewali z powodu „pojedynczego incydentu” Fot. ELTA

Póki władze w Wilnie próbują zamieść pod dywan skandaliczną sprawę z wydaniem liderów białoruskiej opozycji, sprawa ta nabiera rozgłosu w świecie.

Gdy we wtorek sejmowy Komitet Spraw Zagranicznych na zamkniętym dla mediów posiedzeniu próbował wyjaśnić kulisy przekazania przez litewskie Ministerstwo Sprawiedliwości informacji bankowych o białoruskich opozycjonistach, przedstawicielka Partii Zielonych w niemieckim parlamencie, Marieluise Beck, nazwała przekazanie tej informacji „skandaliczną pomocą Litwy reżimowi Łukaszenki”.

Girl in a jacket

„Tłumaczenie się litewskiego rządu, że nie wiedziano, kim był Aleś Bialacki, są skandaliczne. W najlepszym przypadku możemy posądzać litewski rząd o niewybaczalną naiwność, w najgorszym zaś przypadku możemy skonstatować oczywistą politykę przemocy, kiedy dążąc do dobrych relacji z sąsiednim państwem pod nóż oddawani są białoruscy dysydenci” — napisała w swoim oświadczeniu niemiecka parlamentarzystka. Marieluise Beck zaapelowała też do ministra spraw zagranicznych Niemiec Giude Westerwelle, żeby zainicjował w Radzie Ministrów Unii Europejskiej wyjaśnienie okoliczności zatrzymania lidera białoruskiej organizacji praw człowieka „Wiasna” Alesia Bialackiego.

Jak już informowaliśmy wcześniej, Litwa przekazała białoruskim władzom dane o kontach bankowych białoruskich obrońców praw człowieka. Na podstawie tych danych w ubiegłym tygodniu w Mińsku zatrzymany został szef Centrum Praw Człowieka „Wiasna”. Służby białoruskie zarzucają mu przestępstwa podatkowe — chodzi o sumy, które Bialacki miał na koncie bankowym na Litwie, a które przeznaczone były na działalność organizacji. Dane o koncie stronie białoruskiej przekazało litewskie Ministerstwo Sprawiedliwości.

Białoruscy opozycjoniści zauważają jednak, że sprawa może nie skończyć się na zatrzymaniu Bialackiego, bo okazało się, że litewski resort sprawiedliwości przekazał stronie białoruskiej informacje o kontach około 400 obywateli tego kraju. Opozycjoniści nie wykluczają, że informacje te w większości dotyczą białoruskich dysydentów i obrońców praw człowieka.

Wobec czego ubiegająca się o azyl polityczny na Litwie Natalia Radzina, dziennikarka opozycyjnego portalu Karta’97, powiedziała we wtorek w Sejmie, że tym samym litewskie instytucje zadały poważny cios białoruskiej opozycji, a przede wszystkim więźniom politycznym oraz ich rodzinom. Radzina podkreśliła, że właśnie kierowana przez Bialackiego „Wiasna” broniła interesów więźniów oraz wspierała ich rodziny również finansowo. Dlatego też, jak zauważyła dziennikarka portalu Karta’97, służbom białoruskim bardzo zależało na informacji o źródłach finansowania opozycyjnych działaczy, a litewska strona wybitnie pomogła w otrzymaniu tych informacji przekazując dane bankowe do Mińska.

Póki białoruska opozycja próbuje zapobiec skutkom litewskiej zdrady, władze Litwy próbują wyciszyć skandal, który mógłby zakończyć się kryzysem rządowym. Opozycyjne partie już bowiem domagają się osobistej odpowiedzialności ministra sprawiedliwości Remigijusa Šimašiusa oraz ministra spraw zagranicznych Audroniusa Ažubalisa.

Również największa frakcja koalicji rządzącej — Związek Ojczyzny/Litewscy Chrześcijańscy Demokraci — w poniedziałkowym oświadczeniu domaga się „osobistej odpowiedzialności” winnych skandalicznej sytuacji z przekazaniem informacji białoruskim służbom.

Tymczasem, jak tłumaczy w rozmowie z „Kurierem” starosta tej frakcji, poseł Jurgis Razma, konserwatystom bynajmniej nie chodzi o dymisję ministrów. Zdaniem Razmy, żądanie głowy „młodego i niedoświadczonego politycznie” ministra sprawiedliwości mogłoby zaważyć na dalszej jego karierze politycznej.

— A przecież on nawet nie był poinformowany o przekazaniu danych — zauważa Jurgis Razma. Jego zdaniem, powinni zostać ukarani przede wszystkim ci urzędnicy, którzy bezpośrednio przyczynili się do przekazania kont bankowych białoruskiej opozycji służbom ich kraju.

— Oczekujemy, że po posiedzeniu Komitetu Spraw Zagranicznych będziemy mieli bardziej szczegółową informację o tym, kto zawinił w tym precedensie, toteż będziemy mogli mówić o odpowiedzialności osobistej konkretnych osób — powiedział Razma. Zapewnił też, że frakcja nie przedkłada zachowania stabilności rządu nad wyjaśnienie sprawy „przecieku” z Litwy.

— Najmniej dziś myślimy o perspektywie rządu, bo chcemy przede wszystkim wyjaśnienia spraw i ustalenia odpowiedzialności poszczególnych urzędników — powiedział Razma. Zaprzeczył też domysłom, że urzędnicy mogli sugerować się zmieniającymi się relacjami władz Litwy z reżimem w Mińsku, o czym, zdaniem analityków, może świadczyć przychylna Łukaszence retoryka, głównie ze strony prezydent Dali Grybauskaitė. Tymczasem Razma przekonuje, że nie ma żadnych zmian w relacjach z Mińskiem i Litwa konsekwentnie realizuje założenia polityki wobec wschodniego sąsiada wypracowanej jeszcze za czasów poprzedniego prezydenta Valdasa Adamkusa. Inną niż wcześniejsza retorykę Razma tłumaczy zmianą taktyki w relacjach litewsko-białoruskich, która miałaby przynieść oczekiwane rezultaty.

— Dopiero po jakimś czasie będziemy mogli zweryfikować, czy zmiana taktyki okazała się być skuteczną w dążeniu do celu — zauważa starosta konserwatystów. Dodaje też, że wydarzenia w Mińsku z 19 grudnia ubiegłego roku nie mogą jeszcze przesądzać o skuteczności nowej taktyki.

Tymczasem wtorkowe posiedzenie Komitetu Spraw Zagranicznych skończyło się na niczym. Minister sprawiedliwości Remigijus Šimašius ubolewał z powodu „pojedynczego incydentu” i zapewnił, że nie zamierza podać się do dymisji. „Przedwczesnym” minister nazwał też jakiekolwiek działania wobec swoich urzędników, bo, jak zaznaczył, przeciek informacji na Białoruś nie jest powodem do szukania winnych tego przecieku. Šimašius powiedział też, że Litwa udzieli wszelkiej pomocy zatrzymanemu Bialackiemu.