Sejm mówi „tak” nowym podatkom

470
W Sejmie we wtorek omawiano wprowadzenie nowych kontrowersyjnych podatków Fot. Marian Paluszkiewicz

Sejm we wtorek postanowił opodatkować wszystkie odsetki przekraczające 200 litów. Również projekt wprowadzenia podatku progresywnego doczekał się poparcia parlamentarzystów.

Projekt ustawy zakłada, że dochody z odsetek, papierów wartościowych lub sprzedaży innego majątku mają być opodatkowane stawką 15 proc., jeżeli wyniosą ponad 200 litów rocznie. Wiceprezes sejmowego Komitetu Budżetu i Finansów, konserwatysta Vitas Matuzas, który jest również jednym z inicjatorów poprawek ustawy, zaznaczył, że odsetki od lokat są opodatkowane prawie w całej Europie, wyjątkiem dotychczas była Litwa i Cypr.

— Na koncie trzeba mieć 10 tys. litów, aby zarobić te 200 litów. Nie sądzę, że osoby mające taką sumę można zaliczyć do ludzi najbiedniejszych — mówił Matuzas. — Podkreślam, że podatek ten polega jedynie na zrezygnowaniu z ulgi podatkowej, nie jest to żaden podatek od luksusu. Obywateli nie będzie to dużo kosztowało, natomiast budżet corocznie uzbiera ponad 55 mln litów!

Dytyramby konserwatysty, poświęcone projektowi nowego podatku, zostały krytycznie przyjęte przez liberałów i socjaldemokratów. Podstawowe uwagi dotyczyły wysokości nieopodatkowanych lokat — niektórzy posłowie proponowali zwiększyć ją do 50 tys. litów.

— Czyżby 10 tys. to już jest ta suma, którą można opodatkować? Być może człowiek tę sumę sobie na pogrzeb odłożył. 10 tys. na pewno nie znaczy, że ktoś jest bogaczem — mówiła posłanka Birutė Vėsaitė.

Z kolei przewodniczący Ruchu Liberałów, minister komunikacji Eligijus Masiulis, w ogóle nie zgodził się, aby wprowadzić podatek od odsetek, twierdząc, że może to doprowadzić do większej finansowej niestabilności w państwie.

— Najpierw bankructwo banku „Snoras”, następnie pogłoski o problemach „Swedbanku” i  te nowe podatki mogą spowodować, że zupełnie zachwieje się zaufanie obywateli do banków i depozytorzy zaczną zabierać swoje wkłady. Czy inicjatorzy poprawek tego nie obawiają się? — mówił Masiulis.

Jednak głosowanie w tej sprawie ujawniło, że obaw nie ma — za opodatkowaniem odsetek głosowało 64 parlamentarzystów, zaś tylko 20 nie poparło tego pomysłu. Dodatkowo ta kwestia w Sejmie będzie omawiana w następnym tygodniu.

Projekt wprowadzenia podatku progresywnego, zakładającego wzrost stawki podatku w zależności od wysokości dochodów, zainicjowany przez partię „Porządek i Sprawiedliwość”, również otrzymał we wtorek poparcie większości posłów.

Projekt ustawy zakłada, że stawka opodatkowania osób, zarabiających do 1 250 litów miesięcznie, będzie wynosiła 5 proc. (obecnie 15 proc.). Zarabiający 1 250-8 000 litów miesięcznie będą opodatkowani taryfą o wysokości 20 proc. Z kolei zarabiający ponad 8 000 litów — 35 proc.

Podatek progresywny pozwoliłby uzbierać do budżetu około 58 mln litów. Wprowadzenie tego podatku dokładniej zostanie omówione w Sejmie wiosną przyszłego roku.

Jednak projekt ustawy dotyczący tego podatku sporo krytyki doczekał się od liberałów i liberalnych centrystów. Ostro wypowiedział się w tej sprawie minister oświaty i nauki Gintaras Steponavičius.

— To nie projekt ustawy, ale plan ewakuacji wykwalifikowanej siły pracy za granicę i tworzenie lepszych przesłanek dla szarej strefy! — oburzał się minister. — Ci, którzy więcej zarabiają, już teraz więcej niż pozostali płacą dla państwa. Ludzie po prostu utracą motywację dużo pracować. A bo po co — przecież im więcej zarobią, tym więcej będą musieli oddać!

Pomysł wprowadzenia podatku progresywnego na Litwie sceptycznie został przyjęty również przez analityków. Gitanas Nausėda, główny ekonomista i doradca prezesa banku „SEB bankas”, w rozmowie z „Kurierem” stwierdził, że Litwa nie jest przyszykowana do takiego rodzaju podatków.

— Sądzę, że obecnie jest nie najlepszy czas, aby dodatkowo opodatkować wysoko wykwalifikowanych pracowników. Szczególnie dużo ich mamy na przykład w dziedzinie technologii informacyjnych i właśnie pod tym kątem jesteśmy atrakcyjni dla inwestorów z zagranicy. Progresywne opodatkowanie dochodów doprowadziłoby do tego, że inwestorzy po prostu zaczęliby poszukiwać tańszej siły roboczej w krajach sąsiednich, gdzie podatki są mniejsze — powiedział ekonomista.