Euroszok, euroshow i eurohistoria

Od 1 stycznia mamy euro. Stało się to już i powodem do podwyżki cen (otwartym pytaniem wciąż pozostaje — na ile to skutek zmiany waluty, a na ile zmowy sieci handlowych i banków), i do histerycznych zakupów, kolejek i innych atrakcji pewnie też. Do 15 stycznia możemy jeszcze się rozliczać w litach, a do połowy roku lity bezpłatnie wymieniać na euro we wszystkich bankach. Czy jest się czego bać?
Ekonomiści twierdzą, że nie, ale ludzka psychika działa w ten sposób, że nie zawsze skutkują argumenty racjonalne. Media więc starają się racjonalności unikać, a polityczna kampania przedstawia przyjęcie euro jako wielkie wydarzenie. Ale tak na zdrowy rozum, to przecież waluty się zmieniają cały czas — dzisiejsi trzydziestolatkowie przyszli na świat w epoce rubla, w międzyczasie mieli jeszcze tzw. „wagnorki” i lity, teraz będą mieli euro. A nasi dziadkowie? Ci urodzeni przed wojną mogą jeszcze wnukom opowiedzieć, jak najpierw były złotówki, potem ruble, lity, znów ruble, marki, po raz kolejny ruble, „wagnorki”, lity i dopiero wtedy euro.
Może więc, zamiast wydawać miliony na show promocyjne nowej waluty, wystarczyłoby w telewizji państwowej na ten temat puścić wywiad z którymś z naszych, wileńskich dziadków lub babć?