O haubicach, golfie i krawatach

Każdego dnia czytamy, słuchamy, oglądamy o nadciągającej wojnie. No, że jest to woda na młyn nasz, czyli dziennikarzy, to fakt. Mamy o czym pisać.
Ale jeszcze większy wodospad cieszy naszych polityków. Jaki rwetes, jaki ruch, jak w ulu. Ile pracy, ho ho! Wypinają dumnie piersi do kamizelek kuloodpornych (m. in. Polacy niedawno wynaleźli rewelacyjnie bezpieczne) i zaczynają pakować ochotników, jak też tych opornych, w wojskowe kamasze, m. in. kusząc odroczeniem spłacania kredytów.

Ale jest super-news. Niemcy nam sprzedadzą tuzin najnowocześniejszych haubic samobiegających — e — samobieżnych Panzerhaubitze 2000. Trafią do np. dzika nawet z 40 kilometrów! Pochodzą z nadwyżek Bundeswehry, a podobno sprzedane zostaną nam za symboliczne (?!) 15 mln euro…

Czegoś nie rozumiem. Jeżeli Niemiec nie chce bronić granicy NATO, no to niech tę „nadwyżkę” po prostu da. Da dla kraju, który stoi w oczekiwaniu na apokaliptyczny Armagedon, bo głośna wizyta 6 (uau!) amerykańskich pancerniaków Abrams raczej wiele animuszu nie podnosi.

Przecież lepiej sąsiadowi zafundować zasieki kolczaste przed dzikami, byle twoje pole było niezryte przez tych bydlaków, no nie?

Ale są i wesołe wiadomości. W Sejmie była próba dotoczenia golfowej piłeczki do dołka reprezentacyjnych wydatków. Czyli spisać przyjemność na poczet rzeczy niezbędnych do pracy? Nie udało się…
A tymczasem młodzi ludzie od sztuki upiększyli jeden z mostów w Wilnie krawatami. Że niby wiosna, że trzeba elegancko prezentować się.
Aluzja do efektownego stawienia się do koszarów?

No, wesoło u nas! Aż się strach bać…