Uboga religia?

Koszykówka na Litwie zwana bywa „drugą religią”, a niektórzy wręcz poprawiają — pierwszą. Tym dziwniejsze wydają się ostatnio pojawiające narzekania przedstawicieli Litewskiej Federacji Koszykówki, że brakuje im pieniędzy, a środki z budżetu państwowego, a więc kieszeni wszystkich podatników (także tych koszykówką się nie interesujących, a na Litwie naprawdę tacy istnieją!) stanowią tylko jedną trzecią przychodów LFK, a o resztę muszą się fatygować do sponsorów.
W kraju, gdzie koszykówka jest bezsprzecznie najpopularniejszym sportem, takie narzekanie dziwi. Wszak w sporcie tym zarabia się i na biletach na mecze, i na gadżetach, i na reklamach (browary się kłaniają), i na umowach sponsorskich. Wiadomo, że nie wszystkie rodzaje koszykówki, nadzorowane przez LFK, są opłacalne — do koszykówki kobiet czy młodzieży pewnie trzeba dokładać, i tam właśnie — jeśli w ogóle — powinny iść środki publiczne.
Inną zaś sprawą jest to, czy państwo rzeczywiście stać na zwiększenie środków na igrzyska, skoro brakuje ich na chleb? Wszak zarobki obywateli wciąż nie wróciły do poziomu sprzed kryzysu, wciąż nie zwrócono emerytom oskubanych przez rząd „Związku Ojczyzny” emerytur, brak też na ostentacyjnie wręcz „reformowane” szkoły. W Rzymie igrzyska miały być razem z chlebem, nie zamiast niego.