Premier trafił na Dzień Żałoby w kalendarzu „drugiej religii Litwy”

P„Przyszła baba do lekarza, a lekarz… w Irlandii”. Ten dowcip jak ulał pasuje do wyprawy premiera Butkevičiusa na olimpiadę w Rio de Janeiro. Zapalony fan koszykówki — jak sam mówi — i „wyznawca” tej „drugiej religii” Litwy, poleciał, żeby na żywo zobaczyć sukces swoich „bożków” i… bardzo się rozczarował. No, bo kadra spakowała walizki i z podkulonym ogonem wróciła do rozszlochanej ojczyzny.
A premier tak chciał, tak chciał zawiesić im medale, poklepać po spoconych zadach, pozować do zdjęć (no, na wybory to woda na młyn!), a wyszło nieoczekiwanie makabrycznie…
Histeria euforii w kraju (i chyba w drużynie), jaka nastąpiła po pierwszych dwóch zwycięskich meczach (już jesteśmy w ćwierćfinale!), widocznie tak oślepiła wszystkich, że totalny szok, jaki nastąpił po zderzeniu z hiszpańską galerą, był jak grom z jasnego nieba, albo raczej karą Perkūnasa, pogańskiego boga. Minus 50!
To chyba rekord olimpiady, jeżeli Jankesi nie zrobią ciasto z kogoś po drodze.
A na zakończenie minus 26 z kangurami, które wygrzmociły naszych jak dzieciaków. Trzeba było widzieć skamieniałą twarz trenera Kazlauskasa, który dziennikarzom tyle powiedział, że najpierw była złość, a potem już tylko wstyd. Wstyd za całą litewską koszykówkę…
No to może wreszcie czas sprowadzić tę „religię” na ziemię i szerszym finansowym wachlarzem ogarnąć inne rodzaje sportu? Np. wioślarzy i kajakarzy, za ich medale na Rio. Może więc niech wiosło będzie nowym złotym cielcem dla złaknionych „drugiej religii”?