Telefony będą wybuchały

200

Plaga wybuchających telefonów staje się powoli codziennością. Zaczęła się od samsungów — jednego modelu nie wolno wnosić na pokłady samolotów, a producent zmuszony był je wycofać ze sprzedaży. Potem wybuch motoroli. Teraz pojawiają się doniesienia o wybuchających iphone’ach. I — obawiam się — będzie tego z czasem coraz więcej.
Celowo projektowane defekty pojawiły się najpierw w motoryzacji, kiedy się okazało, że jeden z modeli Mercedes-Benz normalnie doglądany przejedzie 800 000 (osiemset tysięcy!) kilometrów, zanim unieruchomi go poważna usterka. Producenci uznali, że takie wyroby im się zupełnie nie opłacają, bo ludzie będą kupowali jedno auto na całe życie — efekt jest taki, że współczesne modele zaczynają psuć się w tym samym czasie, kiedy właściciel kończy spłacać za nie leasing.
Zwyczaj taki przejęli także producenci sprzętu AGD — i teraz już raczej nie dziedziczy się pralki czy lodówki po rodzicach, a w ciągu życia wymienia je kilkakrotnie. Że o drobniejszych rzeczach — czajnikach, żelazkach czy umywalkach — nie wspomnę.
Wygląda na to, że ten sam żarłoczny, korporacyjny kapitalizm wkroczył też na rynek elektroniki. O ileż chętniej użytkownik kupi nowy telefon, którego być może nie potrzebuje — jeśli stary po prostu wybuchnie?