Gdzie jest punkt „G”?

Na pewnej konferencji dziennikarz, mając w ręku mapkę wydarzenia, żartobliwie zapytał pani z obsługi: „Czy mi Pani pokaże, gdzie jest punkt »G«?”, na co niezmieszana dama odpowiedziała, by poszukał w bibliotece, wśród książek.

Taką anegdotą można skwitować kampanię „promocji” Wilna jako punktu „G” Europy. Niby opowiedziały o kampanii zupełnie za darmo największe media na świecie, więc trzeba się rzekomo cieszyć, iż o nas mówią – ale nie tak się buduje markę. Francja włożyła wiele lat, wysiłku i miliardy euro w przekonanie świata, że ma najlepsze wina (prywatnie uważam, że najlepsze są węgierskie) i sery. Szwajcaria też nie od razu stała się synonimem dobrych zegarków i solidnych banków.

Niby każdy dorosły, racjonalny człowiek to rozumie, ale i tak jest mnóstwo ludzi, cieszących się jak dzieci z tego, że o wileńskiej kampanii w swojej audycji wspomniał popularny i nieśmieszny komik-propagandysta w amerykańskiej telewizji. Czy naprawdę przybędzie mam od tego turystów z bogatej zagranicy? A może przyciągnie inwestorów?

Z ręką na sercu. Ilu znacie ludzi, którzy zainteresowali się Arktyką po wysłuchaniu dowcipu o Czukczy?