Co z tymi podatkami?

Gdy Sejm Litwy deliberuje nad kolejną reformą podatków i nowymi stawkami, pojawiają się tu i ówdzie propozycje, by opodatkować samochody. Doskonały pomysł – jeśli chcemy, by się zakończył tak, jak we Francji. Protestami i zamieszkami. Problem polega na tym, że istnieje nie tylko przepaść w dochodach między zarabiającymi najwięcej i najmniej, ale też przepaść percepcyjna – między tymi, którzy gadają o podatkach, a tymi, którzy je płacą.
Jedną z rzeczy, której zdają się nie rozumieć siedzący na uniwersytecie w Wilnie czy Kownie politolodzy, jest fakt, iż na Litwie samochód to nie jest dobro luksusowe, tylko konieczność. Jak ktoś mieszka poza śródmieściem, potrzebuje samochodu, by dojechać gdziekolwiek – do pracy, zawieźć dzieci do szkoły, zrobić zakupy. Może nie potrzebowałby samochodu, gdyby nie „optymalizacja” (czyt. „zamknięcie”) szkół i połączeń transportu publicznego czy „wolny rynek” (czyt. „oligarchizacja”) sklepów spożywczych.
Podobnie rzecz ma się z progresją podatkową czy opodatkowaniem honorariów. Najbardziej dowalono tym, którzy mają nieregularny dochód (na tym polegają honoraria i tantiemy), a także takim zawodom, jak mechanicy czy budowlańcy. Koncerny dalej zaś płacą, jak chcą i kiedy chcą…