Brakuje nam spójnej narracji historycznej

33

Pamiętam, jak w latach mego dzieciństwa na 23 lutego, czyli Dzień Armii Czerwonej, w szkole rysowaliśmy laurkę dla ojca. Był to jeden z elementów propagandy w sowieckiej szkole. Sowieckiej szkoły już nie ma, ale święto niestety pozostało. 30 lat po przywróceniu niepodległości zauważyłem, że spora część moich znajomych na Facebooku tego dnia składa życzenia z okazji Dnia Mężczyzn.

Robią tak nie tylko ci, którzy w czasach sowieckich odbywali obowiązkową służbę wojskową, lecz także osoby, które o tamtym czasie dowiedzieć się mogły najwyżej z podręcznika historii. Można to oczywiście potraktować jako lokalne kuriozum. Sądzę jednak, że problem jest głębszy. Od lat bez większego efektu dyskutujemy o problemach polskiej mniejszości. Nadal nie wiemy, co robić z postępującą rusyfikacją czy jak zachęcić polskie dzieci do polskich szkół. Trudno jednak znaleźć sensowne rozwiązanie na przyszłość, skoro w pamięci historycznej panuje absolutny chaos. Składamy wieńce na Rossie i jednocześnie świętujemy 9 maja na cmentarzu Antokolskim. Oddajemy hołd AK-owcom w Krawczunach i narzekamy na bezład w państwie, ponieważ brakuje prawdziwego gospodarza… takiego jak Stalin. Kupujemy goździki na Dzień Armii Czerwonej i zapalamy znicze na grobach legionistów. Z dumą podkreślamy, że litewscy Polacy są najbardziej katolicką grupą w kraju, ale z pianą na ustach udowadniamy, że za Sowietów było lepiej.

Przykłady można mnożyć. Nie ma to nic wspólnego, jak niektórzy próbują udowadniać, z nostalgią za latami młodości. Arystokraci w II RP również z łezką w oku wspominali bale i polowania sprzed I wojny światowej. Dobrze to zostało przedstawione w autobiograficznej książce Michała K. Pawlikowskiego „Wojna i sezon”. Bale balami, ale nikt nie twierdził, że zabory były czymś dobrym. U nas niestety takiego rozgraniczenia bardzo często brak. Nasi liderzy polityczni lubią mówić, że nic ich z Rosją nie łączy. Jednak w wypadku pamięci historycznej panuje tam taki sam bałagan jak u nas. Popi modlą się za Stalina, oddaje się hołd Leninowi i Kołczakowi. Niestety, polskiej mniejszości na Litwie w ciągu 30 lat nie udało się wypracować jakiejkolwiek spójnej narracji historycznej. I to jest nasza wielka przegrana. Zarzuty można też skierować pod adresem władzy centralnej, która nie zrobiła nic albo prawie nic z tą „tęsknotą za Krajem Rad” u sporej części społeczeństwa. Nie tylko zresztą wśród Polaków.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 10(28) 07-13/03/ 2020