Szedł dziadek z kwiatkami…

Szkoda mi serdecznie dziadka z Niemenczyna (miasteczko jest zamknięte w pierścieniu antywirusowym), który szedł sobie radośnie z garścią zerwanych po drodze gałązek z kwiatkami.

Wiosenne słonko łagodnie świeciło, a tu nagle – „Halt!”. Zielony ludzik w jaskrawożółtej kamizelce zapytał groźne: „A gdzie maseczka ochronna?!”. No, bo teraz w przestrzeni publicznej należy się poruszać przynajmniej z jakimś łachmanem na twarzy.
Tak, tak, rząd łaskawie zezwolił, że ma to być byle jakieś tam coś, choćby chusta od żony, byleby zakrywało otwór gębo- i nosochłonny. Kara za brak maseczki wynosi 500–1500 euro. Ale jako, że prawo zezwala, dla przyłapanego na wykroczeniu po raz pierwszy, nałożenie połowy minimalnej grzywny, to policjant łaskawie dziadkowi dał mandat na 250 euro. „I proszę zapłacić w przeciągu 15 dni, bo inaczej będzie pełne full!” – ostrzegł z uśmiechem anioł prawa. Dziadek aż przysiadł z tego „szczęścia” – (toż to większość jego emerytury!) i wnerwiony powiedział kilka zdań, które telewizja umiejętnie „przetłumaczyła” na kilkakrotne „Pip, pipi, pip, pipi!”.

Girl in a jacket

W telewizji był też minireportażyk od innego wnerwionego obywatela. Otóż żandarm z policji wojskowej (która to teraz ma pomagać swoim cywilnym kolegom), regulował ruch samochodów pod sklepem. Był bez maseczki (!) i jeszcze bezczelnie pozował do kamery. Też dostanie 250 „batów?”. A chyba „pip”!