Najpierw błagali o maseczki, teraz zaczęli się wypinać

Kiedy złowieszcza pokrywa pandemii koronawirusa wisiała nad całym światem, to Francja, wytrzeszczając oczy jak przysłowiowa żaba, wypatrywała pomocy od swoich i całego świata (w tym najbardziej, od prawie już wylizanych z choroby, Chin) błagając o pierwszą pomoc medyczną – maseczki ochronne.

No i leciały dziesiątki samolotów ze zbawczym towarem, a setki miejscowych firm odzieżowych (na wezwanie rządu!) wszystko odrzuciły na bok (tak nawiasem mówiąc – a co innego miały do roboty?), byle załatać dziury zapotrzebowania.
W zeszłym miesiącu prezydent Macron z dumą nosił przetestowany przez wojsko model z wyszytą francuską flagą, promując maseczki „Made in France”. Jednak nadal wielu klientów wybiera azjatyckie – bo tańsze.

No, a potem, kiedy gnijąca plama Covid-19 zaczęła się kurczyć, nastąpiła „epokalipsa”, ale w inną stronę – miejscowym producentom pozostało 20 mln niesprzedanych maseczek! Wezwali więc ostro rząd do ograniczenia importu.
Na miejscu Chińczyków, to obraziłbym się, wkurzył i wystawił rachunek – embargo na francuskie perfumy. Ale jest przecież rozwiązanie. Już podobno nadciąga druga fala tej „korony”, więc maseczki nadal będą potrzebne. Rządy mogą teraz za niemal bezcen skupować je na zapasy do magazynów, a my – też. W poniedziałek kupiłem „jednorazówkę” za 0,60 euro (a jeszcze przed tygodniem była za 1,50 euro).