Czyje są nasze szkoły?

Jest popularne, ale też bardzo prawdziwe sformułowanie, że kto nie chce płacić na utrzymanie wojska, ten będzie utrzymywał cudze wojsko. W świecie, w którym kompetencje obywateli, ich szeroko rozumiana piśmienność i wykształcenie są kluczowe – to samo dotyczy też systemu kształcenia. Czy jednak nie jest obecnie tak, że utrzymujemy szkoły, ale są to cudze szkoły?

Nie jest tajemnicą, iż nasz system oświaty nie radzi sobie z zapewnianiem adekwatnego wykształcenia. Według badań PISA, jego produkt – abiturienci – coraz gorzej radzą sobie ze zrozumieniem tekstu, rachunkami, wyrażaniem myśli. A przecież odsetek osób, które uzyskały maturę, rośnie! Szkolnictwo coraz bardziej koncentruje się na zapewnianiu komfortu emocjonalnego uczniom i ich rodzicom – ale czy naprawdę o to chodzi?

Przecież mierzenie się z problemami – a właśnie zmierzenia się na początek wymaga próba rozwiązania jakiegokolwiek problemu – nie jest ani komfortowe, ani przyjemne. A co dopiero zmierzenie się z życiem, które obfituje w nieprzyjemności, stres, problemy – i zadania do rozwiązania. Podstawą bycia szczęśliwą i odnoszącą sukcesy jednostką jest mierzenie się z problemami oraz branie na siebie odpowiedzialności za wyniki swoich wysiłków, za siebie i swoje otoczenie. Tego szkoła nie uczy, utrzymując swoich podopiecznych (i podopieczne identycznie też!) w byciu Piotrusiem Panem, wiecznym chłopcem, który za wszelką cenę nie chce dorosnąć. Stąd potem mamy roszczeniowe pikiety „antyrasistów”, dzieci chcące odwrócić zmiany klimatyczne poprzez wagary, wyborców populistów i – w konsekwencji – zgorzkniałych, smutnych i osamotnionych obywateli. Czy rzeczywiście nasza szkoła ma to wszystko na celu?

Girl in a jacket