Cudzego nie chcemy, lecz kiedy swoje weźmiemy?

Restytucja mienia na Litwie daleka jest do zakończenia. W niektórych regionach zwrócono już całą ziemię rolną, która była do zwrotu, w innych większość. Najgorzej jest z tym w miastach, które przed wojną były mniejsze, teraz zaś okoliczne wsie i miasteczka stały się ich dzielnicami, a pola – lasami.

Ustawa o lasach bowiem stanowi, że nie można lasu w obrębie miasta przekazać osobom prywatnym, gdyż może to być jedynie własność państwowa. Jako „osoby prywatne” rozumiemy tutaj prawowitych właścicieli, którym „nie da się” zwrócić własności w naturze. Skoro zaś tak – należy wypracować sprawiedliwy model zrekompensowania im poniesionych strat. Są jednak nieruchomości, które da się zwrócić w naturze. Społeczność żydowska odzyskuje synagogi, świątynie wracają do wiernych (chociaż wciąż czekamy na otwarcie m.in. wileńskich kościołów Wniebowstąpienia Pańskiego oraz Serca Jezusowego). Niewiele się zachowało świeckich obiektów, których przynależność do polskiej społeczności nie budziłaby żadnych wątpliwości, a które byłyby wciąż własnością państwa i mogłyby zostać zwrócone choćby zaraz.

Jednym z takich obiektów jest Teatr na Pohulance, wybudowany na początku XX w. ze składek polskiej społeczności Wilna (wówczas okupowanego przez carską Rosję), gmach od początku zamierzony jako teatr mający służyć właśnie polskiej ludności. Polskie dziedzictwo materialne w Wilnie nie miało w XX w. szczęścia – sprzymierzeni z niemieckimi nazistami rosyjscy Sowieci nie mieli dla niego litości. Jedni i drudzy burzyli cmentarze wojskowe i cywilne, pomniki, budynki użyteczności publicznej, rabowali prywatne kolekcje sztuki, a czego nie umieli ukraść lub zrozumieć – niszczyli. Po wojnie Sowieci równali z ziemią kolejne świątynie, kamienice i cmentarze, z nagrobków stawiali schody (albo nowe nagrobki dla swoich aparatczyków, jak było w niektórych przypadkach).

Podobnie ukradziony, chociaż nie zniszczony, został Teatr na Pohulance. Czyż nie jest to upokarzające, że by móc korzystać ze swojego przecież teatru, Polacy muszą prosić kogoś o zgodę? Że muszą płacić obcym za to, żeby móc się cieszyć własnym, polskim wysiłkiem zbudowanym obiektem? Polacy współrządzą Wilnem, współrządzą Litwą – czas zrobić w końcu z tym porządek, żeby móc mówić, że czas rządów nie był zmarnowany, że udało się odzyskać chociaż część tego, co nam ukradziono. Nie trzeba się bać tego, co kto powie – cudzego nie chcemy…


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 26(74) 27/06/-03/07/2020