Bez plaży w Bułgarii, ale z psem, pod gruszą – owszem

Choć afrykańska Ghana wcale mnie nie pociąga, ale mam spokój duchowy, że dołączyła do grupy krajów, z których powrót oznacza wsadzenie się do własnego więzienia – dwutygodniowej klatki samoizolacyjnej od koronawirusa. Dołączyła do prawie otwartej już dla spragnionych Złotych Piasków – Bułgarii i innych krajów zakazanych.

Jak się okazuje, teraz podróżujemy i odpoczywamy coraz częściej z całym majdanem, czyli i zwierzętami domowymi. Ale problem z odpowiednim zakwaterowaniem (mało jest hoteli pod psią gwiazdką) skutecznie wyhamowuje takie plany, zostawiając wybór płatnego schroniska albo sąsiedzkiej samopomocy. Ale… głos decydujący w tej sprawie ma „szyja rodziny”, czyli kobieta. „Ta to chce mieć wszystko pod sobą!” – sarkają mężczyźni, którym wcale się nie uśmiechają poranne spacery z ratlerkiem, no najwyżej po godzinie 10-ej, kiedy w sklepach wszystkie napoje są już dostępne.

Tymczasem Belgowie wpadli na pomysł prosty jak drut. Pewien artysta wymyślił wakacje w domkach-hamakach, w kształcie kropli, zawieszonych pomiędzy drzewami. Nocleg nietani – 70 euro dla 2 osób, ale w pobliżu jest prysznic i grill. No i ma się wyjazdowy ból głowy z głowy i święty spokój, jak w tej piosence Maryli Rodowicz: „A tymczasem leżę pod gruszą. I mam to, co na świecie najświętsze. Święty spokój…”