Pani doktor, proszę zmienić ton

Od wielu lat mam bardzo burżujskie marzenie: mieć prywatne ubezpieczenie medyczne. Chodzi o to, że państwowa służba zdrowia budzi we mnie stres tak duży, jaki dorównywać może jedynie lekcjom matematyki w szkole.

Tyle że, na szczęście, tamte lekcje wracają do mnie jedynie w koszmarach, a w placówkach publicznej służby zdrowia od czasu do czasu bywam. Z moich doświadczeń życiowych wynika, że choć to ja przychodzę ze swoją historią i swoją chorobą, to bardzo prawdopodobne, że przed majestatem lekarza nie będę miała nic do gadania. I mimo że jestem dorosłą kobietą, która potrafi powiedzieć: „Proszę nie mówić do mnie takim tonem”, albo mogę na bieżąco sprawdzić, czy właśnie przepisywany lek na pewno można brać przy karmieniu piersią, to, kurczę, nie lubię być traktowana z pogardą. Niedawno poszłam do mojej starej przychodni, po mniej więcej dwudziestu latach.

Nie dałam się zwieść jej profesjonalnej stronie internetowej ze zdjęciami lekarzy o perłowym uśmiechu. Nie dałam się zwieść odnowionej elewacji. Ani też omamić nowoczesnym windom, miękkim kanapom w kolorze kanarkowym i ekranom, na których pojawiały się numerki wzywające pacjentów cichym „pim-bim” do udania się do jednego z eleganckich gabinetów. Pacjenci byli tacy sami jak lata temu – szarzy, spięci, z jednakowym wyrazem twarzy. Siedzieli w poczekalni na tych żółtych sofach w taki sposób, jakby bali się je pobrudzić. Ktoś z bukietem kwiatów, ktoś z czekoladkami, ktoś inny zastanawiał się, jaki prezent dać za skierowanie do sanatorium lub przynajmniej na masaże. Przyszła moja kolej.
Zanim doszłam do gabinetu, system zdążył poinformować lekarkę, że będzie to wizyta płatna. „Proszę o potwierdzenie opłacenia wizyty” – usłyszałam zamiast „dzień dobry”. Próbowałam powiedzieć, że najpierw trzeba ustalić, czy to przypadek nagły i czy może być finansowany z mojego ubezpieczenia. Pielęgniarka skoczyła do mnie z nowoczesnym termometrem w kształcie pistoletu i wycelowała w czoło: „Żaden nagły, gorączki nie ma”. „Dobrze, nie ma sprawy. Zapłacę po wizycie i przyniosę rachunek, żeby teraz nie marnować czasu”. Lekarka z pielęgniarką buchnęły głośnym rechotem, a któraś zaskrzeczała: „Już my znamy takich jak ty. Jak stąd wyjdziesz, to cię więcej nie zobaczymy”. No, tak, mój detektor stresu działa niezawodnie.


Ewa Wołkanowska-Kołodziej


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 29(82) 18-24/07/2020