Do własnego domu… z automatem i przez komin

Normalnie właściciel nie wchodzi z kijem do własnego domu i to jeszcze przez komin. Fikcyjnie ponownie wybrany prezydent Białorusi, Aleksander Łukszenka, właśnie tak zrobił podczas niedzielnych odwiedzin swego pałacu.

Nie pojechał tam tradycyjną kawalkadą kolumn samochodowych, a przyleciał śmigłowcem! Raz, że nie mógł, bo pod bramą byli protestujący Białorusini, wstrzymywani uzbrojonymi po zęby żołnierzami z jednostek specjalnych, pochowanymi za stalowymi tarczami obronnymi.

Dwa – bo chciał wszystkim i wobec pokazać, kto tu jest baćką”.

No i pokazał, a raczej ośmieszył się na cały świat. Lądujący helikopter wzbija tumany kurzu, a po drabince schodzi na ziemię, ubrany na czarno – jak kominiarz, Łukaszenka w kamizelce kuloodpornej i z… automatem w ręku! Do tego widać, że broń niezaładowana – bez magazynka. To po „ki czort” ten cyrk, jeżeli nie miał zamiaru strzelać? No i podchodzi do nieopodal stojących przy drodze gapiów i – jak wystraszony złodziej – pyta: „Tam nikogo nie ma, tak?”. Na myśli ma pokojowo zachowujących się demonstrantów, których pochód doszedł do zaryglowanej na amen prezydenckiej bramy i stanął bez próby szturmu. Wnerwieni ludzie pokrzyczeli, pokrzyczeli i poszli sobie. Tym razem cało.