Kiedy się nie chce rozumieć

Współczesna szkoła przekazu informacji uczy, że jeśli coś zostało powiedziane i niezrozumiane – to oznacza, że autor niewłaściwie swoją wiadomość zakomunikował. I jest to zasadniczo słuszne, pod warunkiem że zakładamy dobrą wolę u odbiorcy. Natomiast są przypadki, kiedy komunikat został źle zrozumiany, bo tak było dla odbiorcy wygodnie.

Głośne oburzenie kilku osób (są też i tacy, którzy po prostu lubią być oburzeni) wywołało przemówienie pierwszej damy Republiki Litewskiej, Diany Nausėdienė, które zostało wygłoszone na „litewskim Davos”. Małżonka prezydenta została oskarżona o mizoginizm, obrażanie nauczycieli i co tam jeszcze, gdyż powiedziała, że są zawody, jak zawód nauczyciela, w którym kobiety stanowią ponad 70 proc. pracujących, a jednak szkolnictwo od dziesięcioleci boryka się z ogromnymi problemami. Jak ktoś nie ma problemu z rozumieniem mowy ludzkiej, to nietrudno wywnioskować, iż po prostu systemowe problemy szkolnictwa nie zależą od odsetka pracujących w nim kobiet, zaś sam procent zatrudnienia kobiet czy mężczyzn w danej sferze nie ma wpływu na jakość jej funkcjonowania, która jest rzeczą bardziej złożoną.

Prosta logika rzeczywistości, której, zdawałoby się, nikomu nie trzeba wyjaśniać. Modna współcześnie w kręgach liberalno-lewicowych kultura oburzenia nie porusza się torami logiki ani nie potrzebuje rzeczywistości, by mieć pożywkę. Nawet wyrwany z kontekstu cytat Diany Nausėdienė nie jest możliwy do zinterpretowania w złej wierze – chyba że ktoś bardzo chce, a jego celebrycki „autorytet” taką mu interpretację nakaże, to wówczas już żadna szkoła komunikacji nie pomoże.

I nie chodzi o to, że przez dekadę nie mieliśmy w ogóle pierwszej damy w ogóle czy że są tacy demokraci, dla których demokracja jest wartością tylko wtedy, kiedy to oni wygrywają – tylko o stosunek takich ludzi do swoich odbiorców, których mają za ciemną masę, której można wcisnąć cokolwiek wbrew logice i faktom. I to wobec nich, tych odbiorców, krzywdzące zachowanie – bo para prezydencka ma doradców, rzeczników, menedżerów społecznościowych, ostatecznie fizyczną i prawną ochronę ze strony państwa. A kto obroni odbiorców przed niemal otwarcie gardzącymi nimi formowaczami dusz? I czy trzeba bronić? Czy jeśli oni tak lubią – to już nie ma problemu i nie ma czym się niepokoić? Pozornie. Cenę płaci społeczeństwo – także za dobrowolne poddanie się manipulantom jego poszczególnych przedstawicieli.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 40(115) 02-08/10/2020