Jolanta Urbanowicz: Dla swoich dzieci wybrałam polską szkołę

Polskość to ogromne bogactwo kulturowe, które otrzymałam i pielęgnuję, konkretny system wartości, który w pewien sposób mnie określa i zobowiązuje do odpowiedzialności – mówi Urbanowicz
| Fot. Joanna Bożerodska, zw.lt

Rozmowa Jolantą Urbanowicz, wiceminister oświaty, nauki i sporu RL oraz finalistką konkursu „Polak Roku 2020”

Co dla Pani oznacza bycie Polką na Litwie? 

To ogromne bogactwo kulturowe, które otrzymałam i pielęgnuję, konkretny system wartości, który w pewien sposób mnie określa i zobowiązuje do odpowiedzialności. Polskość jest dla mnie czymś, co mnie wyróżnia. Zawsze pracowałam raczej w litewskim środowisku i byłam inna właśnie przez to, że byłam Polką. Muszę przyznać, że zawsze bardzo mi się ta wyjątkowość podobała. Moje dzieci są również wychowane w takim duchu. Kochają język polski, zdarza się, że mój najmłodszy syn, przedszkolak, uczy polskiego dzieci sąsiadów, co odbieramy bardzo pozytywnie. Nad tym, czym jest dla mnie polskość, zaczęłam się zastanawiać również w nieco innej perspektywie, gdy dowiedziałam się o nominacji w plebiscycie „Kuriera Wileńskiego” „Polak Roku”. Spojrzałam wtedy na swoją pracę, zaangażowanie i pomyślałam, że to co robię, robię w dobrym kierunku. Była to dla mnie ogromna motywacja do dalszego zaangażowania się, dowód na to, że Polacy potrzebują mojej pracy.

Przez ponad rok pełni Pani obowiązki ministra oświaty. Czy tego rodzaju stanowisko zmienia sposób patrzenia na system, który miała Pani okazję poznać dużo wcześniej, pracując niemal na wszystkich jego szczeblach?

Rzeczywiście, mam ogromne doświadczenie nie tylko zawodowe, ale również dotyczące bycia w tym systemie w różnych rolach. Poznałam go jako uczennica, rodzic, a także jako nauczyciel. Przez pewien czas byłam zastępcą dyrektora, pracowałam w wydziale oświaty, ale chyba najbardziej poznałam go w czasie pracy na uczelni. Uniwersytet dał mi możliwość spojrzenia na nasz system oświatowy szerzej, także w kontekście międzynarodowym, poprzez badania, w jakich brałam udział, współpracę z naukowcami z innych krajów. Rzeczywiście, doświadczenie pracy na szczeblu, gdzie podejmowane są decyzje dotyczące oświaty, jest bardzo cenne. Trochę tak, jak w kuchni, czym innym jest poznanie przepisu, a czym innym – spróbowanie potrawy. Teoretycznie wiedziałam, jak pewne rzeczy są przeprowadzane, ale jednak praktyka okazała się bardzo zaskakująca. Najbardziej chyba zaskakiwało mnie to, że muszę się odnaleźć w nowej roli. Dużo lepiej poznałam natomiast w tym czasie polskie szkoły w kontekście całej Litwy. Razem z Barbarą Stankiewicz, doradcą ministra, pracowałyśmy nad tą problematyką, starałyśmy się zbadać, co można zrobić dla szkół mniejszości narodowych, by jakość  nauczania w nich była coraz lepsza.

I jak jest z tą jakością? Czy polskie szkoły są dobre?

To bardzo ważne pytanie, ale nie powinniśmy na nie odpowiadać zbyt szybko. Jeśli weźmiemy pod uwagę średnią całej Litwy, polskie szkoły nie wypadają najlepiej. Nie znaczy to jednak, że to właśnie dlatego, że są polskimi szkołami, wypadają słabo. Większość polskich szkół to szkoły na wsi, a problem Litwy polega między innymi na ogromnej dysproporcji pomiędzy miastem a wsią. Mówiąc o porównywaniu wyników, powinniśmy brać to pod uwagę. Oczywiście, nie jest to żadne usprawiedliwienie, po prostu o podnoszenie jakości nauczania powinniśmy zabiegać stale. Dziś uważam, że priorytetem powinno być dbanie o język polski. Niestety, w naszych polskich szkołach, jakość języka ojczystego pozostawia wiele do życzenia. Nie mam tu zastrzeżeń do pracy polonistek i lekcji języka polskiego, chodzi mi o polski na co dzień. Uważam, że jednym z naszych celów powinno być zadbanie o poprawą polszczyznę na innych lekcjach, w czasie przerw. Ważne jest również staranie o kształcenie nauczycieli, którzy będą w przyszłości mogli uczyć po polsku. Czy za kilka lat będziemy mieli przedmiotowców? Pracowałyśmy również nad tym problemem i mamy  pewne pomysły, jak go rozwiązać.

O drugim problemie mówimy znacznie więcej – to język litewski i egzamin, który uczniowie polskich szkół muszą składać. Teraz pracujemy nad odnową programów nauczania, był to więc bardzo dobry czas na podjęcie tematu, że zwłaszcza w klasach początkowych konieczne jest dostosowanie programu do potrzeb uczniów tak, by zachęcić dzieci do nauki, by po 12 latach egzamin z litewskiego nie był dla nich przyczyną dyskryminacji przy starcie na studia. Mam nadzieję, że udało nam się przekonać do konieczności wprowadzenia zmian. Teraz nasza praca w ministerstwie się kończy, ale nie oznacza to wcale, że nie będziemy pracować nad tymi problemami.

Jolanta Urbanowicz i Maciej Kopeć podczas wizyty wiceministra edukacji narodowej RP na Litwie
| Fot. Joanna Bożerodska, zw.lt

Zaledwie w czasie roku pracy w ministerstwie udało się Pani, wspólnie z Barbarą Stankiewicz, zainicjować szereg zmian, które były korzystne dla polskiej oświaty na Litwie. Okazało się, że można po prostu kupić w Polsce podręczniki, zapowiedziano wprowadzenie możliwości zdawania języka polskiego jako państwowego. Czy koniec kadencji oznacza przerwanie tego procesu, czy też będzie on kontynuowany?

Mam nadzieję, że tak. Nasze prace prowadzone były w kontekście międzynarodowym, dotyczyły oświaty mniejszości polskiej na Litwie, ale też litewskiej w Polsce. Tak podpisana deklaracja, jak i harmonogram realizacji jej działań to dokumenty o charakterze umowy międzynarodowej. Będą obowiązywać także kolejny rząd. Oczywiście, my jako społeczność polska powinniśmy nadzorować, czy są wprowadzane w życie. I niekonieczne są tu jakieś stanowiska. Teraz powoływana jest komisja dotycząca oświaty mniejszości narodowych. Myślę, że to również może być ważne narzędzie w polityce oświatowej.

Rozmawiałyśmy już trochę o szkołach na wsi. Jak Pani widzi ich rolę? Jeśli ich poziom jest niższy, czy są w ogóle potrzebne?

O tym, jakie jest znacznie szkół na wsi, mogłam się przekonać już jako dziecko. Pochodzę z Jawniun, z małej miejscowości w rejonie szyrwinckim, gdzie moja mama była dyrektorką szkoły. Nie mam wątpliwości, że rola szkoły i nauczyciela w takim środowisku jest ogromna. Zawsze, gdy słyszę pomysły likwidacji takich szkół, mówię, że w tym temacie potrzeba bardzo dużej ostrożności. Szkoła to nie tylko miejsce, gdzie dzieci zdobywają wiedzę. Jej istnienie lub nie może decydować o przyszłości miejscowości, o tym, czy młode rodziny zechcą tam zamieszkać, czy też nie. Szkoła tworzy również pewne środowisko kulturowe, dla którego obecnie nie ma alternatywy. Poza tym, kiedy mówimy o niskich wynikach nauczania, bardzo często mają na nie wpływ dzieci z rodzin z ryzyka socjalnego, którym trudniej się uczyć, bo nie mają warunków ani wsparcia ze strony rodziców. W ich przypadku taka szkoła jest szczególnie potrzebna. Jeśli nie będą mieć jej blisko domu, jeśli nauczyciel nie będzie tuż obok, może się okazać, że po prostu żadnych wyników nie będzie, bo te dzieci do szkoły nie dotrą, nie wsiądą do autobusu, nie będą na lekcjach, będą się wychowywać na ulicy. Bardzo ważne jest, by w takich miejscowościach dzieci miały nie tylko szkołę, ale również zaplecze w postaci różnych specjalistów czy zajęć pozalekcyjnych, które pomogą im w wyrównaniu szans.

Udało się Pani dużo osiągnąć na płaszczyźnie zawodowej. Odnosiła Pani sukcesy na uczelni, została wiceministrem oświaty niedelegowanym przez partię polityczną, ale wybranym ze względu na kompetencje. Czy pracując w litewskim środowisku, odczuwała Pani kiedyś dyskryminację z powodów narodowościowych?

Jeśli chodzi o moje osobiste doświadczenia, nigdy nie czułam się dyskryminowana. Może trochę ma na to wpływ, że pracuję głównie z sferze akademickiej, gdzie bardzo dużo projektów realizuje się na płaszczyźnie międzynarodowej. Nie znaczy to jednak, że nie zauważam przejawów dyskryminacji. Jako dyskryminujące określałam np. zasady rekrutowania do projektów, mających na celu podniesienie jakości nauczania w rejonach, gdzie istnieją szkoły bezpośrednio podległe ministerstwu. Uważam, że nie można oczekiwać od samorządów, które nie mają ostatecznego wpływu na siatkę szkół, bo ingeruje w to samo ministerstwo, określonej liczby uczniów, by mogły skorzystać z dodatkowych środków. Zresztą, samo istnienie szkół wyjętych spod władzy samorządów w rejonach solecznickim czy wileńskim uważam za pewną nieprawidłowość. Szkoły zakładane w latach 90., by stworzyć możliwość nauki w języku litewskim w samorządach zamieszkałych głównie przez Polaków, już dawno powinny być przejęte przez władze samorządowe. Ministerstwo jako instytucja państwowa nie może jednocześnie świadczyć usług oświatowych i ich nadzorować. Doskonale też rozumiem, że nie brakuje na Litwie osób, które uważają, że mniejszości narodowe mają prawo do nauki języka ojczystego jako dodatkowego, ale nie widzą potrzeby nauczania innych przedmiotów w tym języku. Na pewno nie powinniśmy rezygnować z czujności i przyglądania się poszczególnym posunięciom władz.

W ciągu zaledwie roku wprowadzono szereg zmian. Okazało się, że można po prostu kupić w Polsce podręczniki, zapowiedziano wprowadzenie możliwości zdawania języka polskiego jako państwowego 
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Jakiej szkoły chciałaby Pani dla swoich dzieci?

Mamy trójkę dzieci w różnym wieku i trzy razy musieliśmy z mężem wybierać dla nich szkołę czy przedszkole. Zawsze była to polska szkoła i nigdy nie żałowaliśmy swojego wyboru. Nasza córka w tej chwili studiuje, syn uczy się w 11 klasie, a najmłodszy jest dopiero w przedszkolu.  Ja sama skończyłam podstawówkę w języku litewskim. Same z koleżanką stwierdziłyśmy, że chcemy uczyć się dalej po polsku. Szczycę się wyborem, jakiego dokonałam. Mam poczucie, że dzieci dostają w polskiej szkole bardzo dużo, nie tylko wykształcenie, ale pewne bogactwo kulturowe. Uczą się języka ojczystego, ale także poznają bardzo bogatą literaturę polską, mają kontakt z Polską, możliwość wyjazdów. Uważam, że to bardzo ważne. Oczywiście, zawsze powinniśmy dążyć do coraz wyższego poziomu, ale nie jestem rozczarowana szkołą, jaką miałam okazję poznać jako matka.