Europa dwóch praworządności?

Chociaż tzw. Zachód próbuje narzucić Europie Środkowej coraz więcej rozwiązań światopoglądowych, niewynikających z traktatów tworzących Unię Europejską, mówienie o polexicie* jest bez sensu. Polacy chcą integracji europejskiej, chcą też być w Unii Europejskiej – problem w tym, że chcą tej UE, do której wstąpili w 2004 r., podejmując decyzję w drodze referendum.

Tej UE zaś nie chcą Niemcy, Francja czy wielki kapitał, bo za bardzo ogranicza ich interesy i wciąż nie umożliwia scentralizowanego korumpowania całego kontynentu za jednym zamachem, zmusza do obijania progów w zbyt wielu stolicach zbyt wielu państw członkowskich. Być może więc warto wrócić do koncepcji Europy dwóch prędkości – ale tym razem nie jako niemieckiego straszaka w zmuszaniu mniejszych państw do uległości, ale jako nadziei na zachowanie wartości przyświecających ojcom założycielom Unii Europejskiej. Byłaby więc jedna i druga Europa – w jednej unii.

W jednej, unii ojczyzn, byłyby zblokowane państwa demokratyczne, ze zmieniającymi się po wyborach władzami, różnorodnością opinii w prasie, wolnością światopoglądową, zdrowym stosunkiem do dziedzictwa i tradycji. W drugiej – byłyby sobie państwa, którymi od dziesięcioleci rządzą te same osoby i ich dwory, prasa się cenzuruje prewencyjnie, zaś większość populacji milczy, żeby nie narazić się kapryśnemu dyktatowi zamieszkujących wielkie miasta szamanów rewolucyjnego myślenia.

Ale czy i takie rozwiązanie nie jawi się dystopijnie, w praktyce czy nie okazałoby się koszmarem i zaprzeczeniem podstawowej idei, jaka przyświecała powstaniu Wspólnotom Europejskim – Europy bez wojen? W takim przypadku pozostaje jedynie walka – właśnie o przetrwanie Europy, z jej siłą w różnorodności, jej bogactwem kultury i idei, wielogłosem idei i pomysłów na czynienie świata lepszym, z jej fundamentem, opartym na trzech filarach – greckiej filozofii, rzymskim prawie i spajającym je chrześcijaństwie. Ostatecznie – z wynikającym z nich racjonalizmem, który przez tysiąclecia pchał świat do przodu. O taką Europę warto walczyć, bo tylko w takiej warto żyć.

* Słowo to jest paskudną kalką brexitu, która nie tylko nie brzmi dobrze, lecz nawet jest wtórna i nadal operująca na angielskim słowie – które dla Brytanii było naturalne. Stronnicy pojmowanej w ten sposób suwerenności naprawdę mogliby się postarać bardziej i wymyślić rodzimy, polski termin.

Reklama

Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 48(139) 28/11-04/12/2020