Tam, gdzie zwyciężył OMON

Wkrótce minie pół roku od wybuchu obywatelskich protestów na Białorusi. Trwają one mimo nasilających się represji oraz wymuszonej emigracji działaczy opozycyjnych i najbardziej aktywnej części społeczeństwa (działaczy kultury, biznesmenów z branży IT).

Jednocześnie tegoroczny styczeń przypomniał nam o brutalnej próbie stłumienia dążeń niepodległościowych Litwinów, Łotyszy i Estończyków, podjętej przez sowieckie władze w 1991 r. Wszystko to zbiega się z protestami w Rosji wywołanymi aresztowaniem Aleksieja Nawalnego. Wspólnych mianowników dla wszystkich tych wydarzeń będzie zapewne więcej, ale pierwszym, jaki przychodzi do głowy, może być np. skrótowiec OMON. Pod tą nazwą kryły się „elitarne” oddziały milicji, początkowo przeznaczone do walki z rodzącą się pod koniec lat 80. w ZSRS zorganizowaną przestępczością. Jednak gdy w całym Związku Sowieckim kolejne narody zaczęły się domagać suwerenności, OMON zaczęto kierować nie przeciwko przestępcom, ale przeciwko uczestnikom pokojowych demonstracji.

Nie inaczej było w krajach bałtyckich, gdzie część oddziałów OMON, formalnie podporządkowanych lokalnym, niepodległościowo nastawionym władzom, przeszło pod komendę Moskwy. To właśnie lojalni wobec Kremla omonowcy uczestniczyli w wydarzeniach styczniowych w Wilnie i Rydze, prawdopodobnie też oni strzelali w plecy litewskim celnikom na posterunku w Miednikach. Dziś wielu moich polskich znajomych zadaje mi pytanie, skąd u Litwinów to poparcie i sympatia dla białoruskiego zrywu wolnościowego. Mamy przecież wciąż w pamięci 23 sierpnia ub.r. i zorganizowany wtedy żywy łańcuch od Wilna do granicy białoruskiej. Wyrazów solidarności było więcej, ale ten najbardziej zapadł w pamięć.

Pomijając naturalny odruch współczucia, które odczuwa każdy na widok ludzi brutalnie zatrzymywanych i torturowanych, odpowiedź na pytanie moich znajomych może się kryć właśnie w skrótowcu OMON. Dziś członkowie noszącej tę samą nazwę formacji zatrzymują i biją ludzi na ulicach Mińska, a w ostatnim czasie także Moskwy i innych miast. Litwini, widząc to, dostrzegają na Białorusi i w Rosji alternatywną wizję własnej historii – widzą Litwę, w której zwyciężył Komitet Ocalenia Narodowego, a złowrogi OMON wciąż zaprowadza swoje porządki na ulicach. Im brutalniej działają autorytarne władze Białorusi i Rosji, tym silniejsze przekonanie Litwinów o słuszności wyborów i decyzji podjętych 30 lat temu. Litwini ocalili wówczas wolność i demokrację. Dziś czas na Białorusinów i Rosjan.


Dominik Wilczewski


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 5(13) 30/01-05/02/2021