Często mówię „nie”

Po otwarciu komputera i zalogowaniu się na jedyne konto społecznościowe, z którego korzystam, często atakują mnie różne złote myśli. Np.: „Pracuj nad sukcesem w ciszy. Niech krzyczą za ciebie twoje osiągnięcia”. Są tak złote, że aż rażą w oczy, więc te oczy odwracam i od razu o nich zapominam.

Ale ostatnio mądra znajoma (taka naprawdę mądra) wrzuciła cytat, który nie tylko walnął mnie po głowie, ale po prostu w tej głowie przykucnął i stwierdził: „Nigdzie się nie wybieram”. Nie będę cytowała całości, bo potem redaktorka powie: „Jako że w tekście znalazł się kawał światowej literatury, zapłacę pani za felieton 4,50 euro mniej” (a za tyle, proszę Państwa, można zjeść obiad dnia w restauracji „Pan Tadeusz”). Ale sens tego cytatu był taki: żeby żyć tak, jak się chce, musisz z różnych rzeczy zrezygnować. I raczej nie chodzi o to, by nauczyć się mówić „nie” rzeczom, których nie chcesz robić (iść na proszony obiad, bo wypada; pracować w kancelarii prawnej, by rodzina mogła się chwalić przed sąsiadami, choć tak naprawdę chciałoby się być przedszkolanką; iść na wieczór panieński wrednej koleżanki, z którą łączy cię tylko to, że lubicie ten sam odcień lakieru do paznokci; malować się, brać kredyt, brać ślub, brać nadgodziny).

To łatwizna. O wiele trudniejsze jest powiedzenie „nie” rzeczom, które chcesz, bardzo chcesz robić, ze świadomością, że masz jedno życie i nie starczy ci czasu i energii na wszystkie. Trzeba więc wybrać tylko te najważniejsze. Zmusiło mnie to do refleksji nad tym, jak wielu rzeczom w moim życiu powiedziałam „pa, pa!”. Rzuciłam mongolistykę, nie zrobiłam doktoratu, nie pojechałam na wojnę jako korespondentka, nie napisałam ok. 10 książek, o które prosiły mnie przeróżne wydawnictwa, zrezygnowałam z pracy w muzeum, radiu, na uniwersytecie. Nie przyjęłam kilku posad i kilku chłopaków. I myślę sobie, że gdybym na cokolwiek z tej listy powiedziała wtedy „tak” – moje życie mogłoby dziś wyglądać zupełnie inaczej.

Choć nigdy się nie dowiem jak i staram się o tym nie myśleć, bo szkoda na to marnować energię. Cytat wrzucony przez koleżankę pozwolił mi też uświadomić pewną rzecz: jak bardzo dojrzale teraz żyję. Już w swojej głowie nie mam słów, które wlokły się za mną jak głazy przez lat kilkadziesiąt: „powinnam”, „muszę”, „trzeba”. Żyję naprawdę tak, jak chcę, i nawet małe decyzje podejmuję świadomie. Wiem nawet, po co napisałam ten felieton.


Ewa Wołkanowska-Kołodziej


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 8(22) 20-26/02/2021