Jaki prezydent?

Kto będzie reprezentował Litwę na unijnych szczytach? Ponad dekadę temu prawo do występowania w tej roli wywalczyła sobie Dalia Grybauskaitė, a ówczesny rząd konserwatysty Andriusa Kubiliusa na to przystał.

Prawo prezydenta do uczestnictwa w posiedzeniach Rady Europejskiej nie wynikało wprost ani z konstytucji, ani z żadnej ustawy. Tak naprawdę zdecydowała o tym umowa (a może nacisk?) ze strony Grybauskaitė. Dziś Litwa ma innego prezydenta i inny rząd. Ale ten drugi tworzą ci sami (lecz nie tacy sami, doda ktoś) konserwatyści. Wydaje się, że zrozumieli popełniony przed laty błąd i postanowili wysadzić Gitanasa Nausėdę z fotela w Brukseli. „Wojna o krzesło” toczyła się przed laty w Polsce między prezydentem Lechem Kaczyńskim a premierem Donaldem Tuskiem. Wygląda na to, że podobna czeka wkrótce Litwę. Obie strony szykują na razie amunicję. Konserwatyści zasłaniają się opinią z MSZ, z której wywodzą, że obecność głowy państwa w Radzie Europejskiej to efekt „wadliwej praktyki”. Nausėda swojego stanowiska oddawać nie zamierza. Kto ma rację? Orzeknie najpewniej Sąd Konstytucyjny.

Autorzy litewskiej konstytucji nie poszli śladem północnych sąsiadów, Łotyszy i Estończyków, którzy głowom państw powierzyli głównie kompetencje ceremonialne. Faktycznym szefem władzy wykonawczej jest premier, uzależniony jednak od parlamentarnej większości. Ale ojcom litewskiego ustroju obcy był też model znany choćby z Francji (o USA nie wspominając), gdzie to w rękach prezydenta leży rzeczywista władza. Wybrano drogę pośrednią, tworząc system, w którym kompetencje głowy państwa i szefa rządu wzajemnie się ograniczają. Żadnemu urzędowi nie powierzono pełnej swobody. Co nie musi automatycznie prowadzić do uwiądu instytucji, pod warunkiem że sprawujący te urzędy wykazywać się będą dobrą wolą. Prezydentowi dano silny mandat – wybory powszechne. Tam, gdzie głowa państwa pełni funkcje reprezentacyjne, jest on wybierany przez parlament czy jakieś inne, specjalnie na tę potrzebę powołane ciało. Tak jest właśnie na Łotwie i w Estonii. Wybór prezydenta oznacza z reguły konieczność znalezienia kompromisowej kandydatury godzącej różne, często skłócone stronnictwa parlamentarne. Czy taki model jest lepszy od litewskiego? Trudno powiedzieć, ale Litwini mają możliwość porównać się z sąsiadami. Tak czy inaczej premier i prezydent skazani są na współpracę. Lub w ostateczności na spór. Z którego jednak zwykle nic dobrego dla państwa nie wynika.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 13(36) 27/03/-02-04/2021