Parasolkowa rewolucja

O protestach w Hongkongu słyszało wielu. Wymierzone przeciwko władzom komunistycznych Chin, które próbują coraz mocniej dokręcić śrubę w tej dawnej brytyjskiej kolonii, wbrew przyjętej zasadzie „jeden kraj, dwa systemy”, gwarantującej Hongkongowi zachowanie autonomii i systemu kapitalistycznego.

Przybierają różne formy. I tak w 2014 r. nazwano je rewolucją parasolkową – od ulubionego atrybutu ich uczestników. Mało kto jednak wie, że kilka lat wcześniej rewolucja parasolkowa miała miejsce w Europie, i to najpewniej ona zainspirowała mieszkańców Hongkongu. Jesienią 2007 r. setki mieszkańców Rygi protestowało przeciwko polityce rządu Aigarsa Kalvītisa. Był to listopad i protestom towarzyszyła niezwykle deszczowa pogoda. Niemal wszyscy uczestnicy protestów wyposażeni byli w parasolki. Co skłoniło ich do zamanifestowania niezadowolenia?

Rząd Kalvītisa powstał z poparciem łotewskich oligarchów, bogatych, ale zarazem bardzo niepopularnych biznesmenów, którzy zbudowali swoje fortuny w okresie transformacji gospodarczej po rozpadzie Związku Sowieckiego, często w nie do końca przejrzystych, a nawet niekoniecznie legalnych okolicznościach. Rząd próbował przejąć kontrolę nad służbami antykorupcyjnymi… śledzącymi także niejasne interesy oligarchów. Tego dla Łotyszy było już za wiele. Marsze pod parasolkami wymusiły dymisję Kalvītisa, a w ciągu kilku następnych lat doszło do przemeblowania na scenie politycznej, z której zepchnięto partie związane z oligarchami. Ale problem nie zniknął.

Odwołany premier nie musiał się martwić o zatrudnienie, szybko odnalazł się w biznesie, od kilku lat kieruje lokalnym gazowym gigantem Latvijas Gāze (w którym, notabene, dużą część udziałów ma Gazprom), w ubiegłym roku zarobił, bagatela, ponad 250 tys. euro. Dla przeciętnego Łotysza, ledwie zarabiającego 800 euro miesięcznie, to kwota astronomiczna. Dysproporcje w zarobkach, statusie ekonomicznym, możliwościami między wąską grupą najbogatszych a „szarą masą” zwykłych obywateli są widoczne gołym okiem, co tylko pogłębia nastroje braku zaufania do klasy politycznej, zaprzyjaźnionej z oligarchami. Żerują na tych nastrojach oferujący łatwe recepty sprytni populiści. Łotysze już raczej nie wyjdą na ulice, by zamanifestować swój sprzeciw. Zagłosują nogami, szukając lepszego zarobku i lepszych możliwości rozwoju za granicą. Jeśli klasa polityczna chce powstrzymać ten odpływ, musi się nauczyć odpowiadać na wyzwania rzeczywistości.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 18(51) 01-07/05/2021