Siedmiu nowych sąsiadów

W ubiegłym roku naprzeciwko naszego domu powstał dom dziecka. W miejscu, gdzie do niedawna było przedszkole mojej córki, teraz mieszka siedmioro dzieci w wieku od 2 do 9 lat. Opiekują się nimi miłe panie, które co jakiś czas się zmieniają. Spotykam te dzieci prawie codziennie. Nie wygłaszają wykładów, nie zachęcają do medytacji ani do wpatrywania się w swoje „ja”, ale zadają niewinne pytania, po których muszę przemeblować swoją głowę. Na przykład, spaceruję z synkiem, a mała dziewczynka pyta: „Urodziłaś go czy przygarnęłaś?”.

Odruchowo mówię: „Oczywiście, że urodziłam”, a po sekundzie zdaję sobie sprawę, że dla tych dzieci to wcale nie jest oczywiste. Albo proponuję: „Zapytajmy waszych opiekunów, czy możecie pójść razem ze mną na nowy plac zabaw”. A oni: „Nie, my nie mamy opiekunów. Jeśli będziemy mieli szczęście – może ktoś nas kiedyś weźmie”. Wynajmuję mieszkanie na parterze w domku z żelazną bramą. Zimą dałam dzieciakom do zabawy starą łopatę do odśnieżania i powiedziałam właścicielowi domu: „Pobawią się i odniosą”. Miał tak przerażony wyraz twarzy, jakby żałował, że żelazne ogrodzenie nie jest pod napięciem, i powiedział: „Ale czy na pewno odniosą?!”.

Połamaną. Starą. Plastikową. Łopatę. Do mojego synka przychodzi czasami niania. Po tym, jak wpuściła raz za bramę dzieciaki z domu dziecka, właściciele przestali jej mówić „dzień dobry”. Ależ mnie to śmieszy na Litwie: ludzie się obrażają, ale zamiast pogadać otwarcie, robią miny, naburmuszają się i stosują coś, co ma fachową nazwę – bierna agresja. Powiem szczerze, od jakiegoś czasu szukam w okolicy innego mieszkania, ale nie chcę się oddalać od tych dzieciaków, bo od dawna marzyłam o sąsiadach, z którymi można się dzielić swoim życiem. Jakie są to dzieci? Wspaniałe. Albo inaczej: normalne. Jedne lubię bardziej, inne mniej. To, co je wyróżnia od dzieci moich znajomych, to samodzielność, którą muszą wykształcić, by przeżyć. Na swoich rowerach i hulajnogach jeżdżą bez opieki dorosłego tam, gdzie żadne inne dziecko bez opiekuna się nie zapuści. Wiedzą, że trzeba się dzielić, że są zasady, że trzeba pomóc maluchom, bo tak wygląda ich planeta, ich codzienność. Są szalenie ciekawe tego, jak my żyjemy. Nie mogą uwierzyć, że do moich dzieci przyjeżdża dziadek albo ciocia. Do nich wpada czasem wolontariuszka. I codziennie, zaglądając w ich okna, myślę, co mogę zrobić, by świat był lepszym miejscem. Te dzieci są moimi nauczycielami życia, choć nie mają o tym pojęcia.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 20(57) 15-21/05/2021