Czerwony smok trzyma się mocno

Za wcześnie pochowaliśmy komunizm, za wcześnie. Po rozpadzie Związku Sowieckiego wydawało się, że czerwony totalitaryzm raz na zawsze złożony został do grobu. Bankructwo ustroju było oczywiste.

Co prawda pojawiały się ostrzegawcze sygnały, że bestia potrafi kąsać, jak pokazała to masakra na pl. Tiananmen, ale traktowaliśmy to jak ostatnie podrygi konającego systemu. Byliśmy przekonani, że upadek komunizmu w Chinach, na Kubie czy w Korei Północnej to tylko kwestia czasu. Minęły jednak trzy dekady, a czerwone reżimy w tamtych państwach trwają nadal, a system przerzuca się nawet na inne kraje, jak np. Wenezuela. Mało tego, Chiny w polityce wewnętrznej wracają do komunistycznej ortodoksji, zaś za granicą rzucają wyzwanie Stanom Zjednoczonym, chcąc stać się największą potęgą globu.

Manifestacją ich siły stały się wielkie uroczystości 1 lipca, gdy Komunistyczna Partia Chin obchodziła stulecie swego istnienia. Przemawiając z tej okazji na pl. Tiananmen w Pekinie, ubrany w maoistyczny mundur sekretarz generalny KPCh Xi Jinping powiedział: „Nie zaakceptujemy obłudnych kazań od tych, którzy czują, że mają prawo dawać nam lekcje. Każdy, kto spróbuje nas zastraszyć, znajdzie się na kursie kolizyjnym z wielkim stalowym murem wykutym przez ponad 1,4 mld Chińczyków”. W jego ustach nie są to czcze pogróżki. Za słowami idą czyny. W Hongkongu tłumione są właśnie ostatnie resztki praworządności, zaś demokratyczni politycy i obrońcy praw człowieka otrzymują wysokie kary więzienia.

Zaostrzona została walka z religią, a zwłaszcza z chrześcijaństwem i działającym w podziemiu Kościołem katolickim. Jakakolwiek krytyka partii, która ma na swym koncie ok. 100 mln istnień ludzkich, traktowana jest jak próba obalenia ustroju. Trwają czystki wśród dowódców armii, którzy nie są uważani za dość lojalnych wobec Xi Jinpinga. Obiektem szykan i represji stała się także część związanych z partią miliarderów, których fortuny poszybowały w górę w ostatnich latach, jak właściciele koncernów Alibaba, Tencent i Meituan. Prezes tej ostatniej korporacji, Wang Xing, wpadł w niełaskę tylko dlatego, że na stronie internetowej swojej firmy zamieścił wiersz pt. „Palenie książek i palenie skrybów”, dotyczący okrutnego cesarza Qin Shi Huanga żyjącego w III w. przed Chrystusem. To wystarczyło jednak, by rozwścieczyć Xi Jinpinga, który odebrał to jako aluzję do siebie. Skąd my to znamy?


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 29(82) 17-23/07/2021