Mazury bezboleśnie?

Przyjaciele z Polski zaproponowali, by się spotkać w połowie drogi – na Mazurach, czyli w takiej części Polski, której przez całe życie mniej lub bardziej skutecznie unikam.

Z jakiegoś powodu ci Polacy, którzy nie chcą się smażyć na molo w Sopocie albo pod krzyżem na Giewoncie, ruszają właśnie tam – do słynnej krainy polskich jezior. Może inaczej: wiem, z jakiego powodu. Jest dość oczywisty. Polska nie ma świadomości tego, że istnieje Litwa. Albo że Litwa to nie tylko cepeliny, kibiny, kiszka ziemniaczana i cmentarz Na Rossie. Że na Litwie można nie tylko jeść i wzdychać do przeszłości, ale też odpocząć. Że to taka przyroda, że szczęka opada. I takie jeziora, że człowiek jeździ kamperem przez cały dzień, bo nie może się zdecydować, które wybrać.

I że czasem w środku lasu można trafić na emerytowanych Niemców lub Szwajcarów, którzy jeździli, jeździli, aż odkryli, że najlepiej jest zaparkować samochód kempingowy tu – w lesie, nad jeziorem. W takim lesie i nad takim jeziorem, jakich nie da się w Europie Zachodniej znaleźć tak łatwo. Ale im jestem starsza, tym widzę, że przyjaciół trzeba się trzymać bardziej niż swoich upodobań wakacyjnych, bo przecież w końcu czasem chce się do kogoś gębę otworzyć. Więc zaczęłam przekopywać internet, żeby znaleźć na Mazurach bezbolesną miejscówkę. Po 10 minutach wiedziałam, że powinnam to była robić pół roku temu, bo właściciele wyselekcjonowanych przeze mnie agroturystyk pytali jakoś tak: „Wolne pokoje w lipcu? A o jaki rok chodzi?”. Kiedy przekonałam się, że musiałabym zapłacić 100 euro za gorący pokój na poddaszu, bez kuchni, jeziora i czegokolwiek (przynajmniej czegokolwiek malutkiego wartego tej ceny), to postanowiłam zmienić taktykę i szukać kempingów. „Dzień dobry, proszę mi powiedzieć, czy tłoczno będzie u państwa w lipcu?”. „Proszę panią, to lipiec. Przyjmiemy tylu turystów z namiotami, ilu uda nam się wcisnąć na terenie kempingu. A jeśli będzie ich jeszcze więcej i więcej – to ściśniemy namioty tak, żeby wszyscy się zmieścili”.

No, jakoś tak. A we mnie się wszystko buntuje. Bo przecież jadąc na Mazury, zostawiam za sobą te wszystkie puste darmowe litewskie jeziora, w których można się kąpać na golasa nawet w środku dnia. Klikałam, szukałam, psioczyłam pod nosem, aż znalazłam wyjście. Postanowiłam zabrać rodzinę do Disneylandu. To znaczy, Krzyżakolandu – hotelu urządzonego w zamku krzyżackim. Przynajmniej mam pewność, że na Litwie czegoś takiego nie ma.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 30(85) 24-30/07/2021