Długa droga resortu

31 lat temu powołana została Straż Graniczna Litwy. Jednym z wydarzeń „węgielnych” dla tej instytucji była dokonana przez Rosjan masakra litewskich strażników granicznych 31 sierpnia 1991 r. Mindaugas Balavakas, Algimantas Juozakas, Juozas Janonis, Algirdas Kazlauskas, Antanas Musteikis i Stanislovas Orlavičius zginęli w służbie ochrony granic swojego państwa – i wszyscy inni funkcjonariusze to widzieli i mieli świadomość, że ta służba może się wiązać także z najwyższą ofiarą.

Obecnie mamy do czynienia z sytuacją, kiedy Ministerstwo Spraw Wewnętrznych – to jemu podlega także Straż Graniczna, i to właśnie ministerstwo ponosi odpowiedzialność za wieloletnie zaniedbania, jeśli chodzi o fizyczne zabezpieczenie granicy – jako większe zagrożenie traktuje własnych obywateli i unika z nimi jakiegokolwiek kontaktu i dialogu. W przypadku potrzeby pojechania „w teren” odgradza się od nich kordonem antyterrorystów, jak to zrobił wiceminister Vitalij Dmitrijev. Wypada więc zapytać – jak się mają czuć bliscy zamordowanych strażników granicznych, widząc, co się obecnie wyprawia?

Biada krajom, które są bardziej skłonne do używania przemocy wobec własnych obywateli, niż w obronie ich prawowitych interesów. Jest to bowiem oznaka nie tylko słabości klasy rządzącej, ale też wyraźnych skłonności do tyranii. I to oznaką tak dobitną, że można do woli zaklinać rzeczywistość, do woli wycierać sobie gęby frazesami o wolności – i nawet mieć tę wolność w nazwie partii – ale złego wrażenia to nie zmieni. Wrażenia, że na pierwszym miejscu stawia się nie interes państwa i jego obywateli – tylko, właśnie, kogo?