Koniec pewnej epoki

Zmarły w 2018 r. Gene Sharp jest nazywany ojcem „kolorowych rewolucji” i teoretykiem „rewolucji bez przemocy”. W 1993 r. amerykański politolog wydał swoją najsłynniejszą książkę „Od dyktatury do demokracji.

Drogi do wolności”, która była swoistym poradnikiem, jak pokojowo obalać dyktatorów i tyranów. Swoją teorię Amerykanin zbudował m.in. na doświadczeniu Gandhiego oraz polskiej Solidarności. „Stawiając na przemoc, ludzie wybierają to pole walki, na którym tyran niemal zawsze ma przewagę” – pisał naukowiec przed trzema dekadami. Schemat pokojowego protestu zadziałał podczas śpiewającej rewolucji w krajach bałtyckich (jeszcze przed wydaniem samej książki). Z jego pomysłów rewolucji non violence korzystali uczestnicy rewolucji buldożerów w Serbii, rewolucji róż w Gruzji, pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, tulipanowej rewolucji w Kirgizji, jaśminowej rewolucji w Tunezji. Ogółem politolog opracował 198 metod walk pokojowego protestu.

W bardzo daleko idącym uproszczeniu pomysły – Sharpa sprowadzają się do tego, że im większa masowość protestów, tym większe szanse na zwycięstwo. Na zasadzie, że z tysiącem czy 10 tys. protestującymi dyktator może sobie poradzić. Jednak kiedy na ulice wyjdzie 100 lub 500 tys., to system się wali. Do pewnego czasu, przynajmniej w okresie postsowieckim, ta metoda działała. Gdy jednak obserwujemy od roku wydarzenia na Białorusi, może się wydawać, że idea rewolucji bez przemocy się wyczerpała. Łukaszenka pokazał, że przed niczym się nie cofnie, nawet przed pirackim porwaniem samolotu należącego do państwa członkowskiego UE i NATO. Całkiem możliwe, że Łukaszenkę (a także Putina, który coraz bardziej kontroluje sąsiedni kraj) wystraszyły arabska wiosna i los Muammara Kaddafiego. „Niech to będzie jasnym przesłaniem dla wszystkich dyktatorów na kuli ziemskiej” – tak Barack Obama komentował 10 lat temu śmierć libijskiego dyktatora. Dyktatorzy zrozumieli przesłanie, ale zamiast wprowadzać demokratyczne przemiany, zajęli stanowisko „niecofania się przed niczym”. To oznacza, że w bezpośrednim naszym sąsiedztwie będziemy mieli kraj (lub kraje) absolutnie nieprognozowalne. Dowodem jest sztucznie wywołany przez reżim miński kryzys migracyjny na Litwie. Zmiana sytuacji nie oznacza, że musimy przestać wspierać siły demokratyczne w krajach dyktatorskich. Ale strategia na pewno powinna ulec zmianie.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 33(94) 14-20/08/2021