Czeka nas zakorkowane miasto

Rządzący w Wilnie nie zadają sobie już zbytniego trudu, żeby ukrywać, iż nie zależy im na poprawie jakości ruchu drogowego w mieście. Czerwone fale na światłach, zwężanie ulic, płotkomania i pagórkomania, a nawet podejrzewam, że złośliwe zostawianie po pracach podziemnych nienaprawionych jezdni – to codzienność.

Ideolodzy miejskiego aktywizmu głoszą, że do przesiadki z samochodów do transportu publicznego ma mieszkańców skłonić nie czynienie transportu miejskiego lepszym, tylko jazdy samochodem – gorszą. Widać te „starania” wyraźnie choćby po tym, że w miejskiej spółce „Vilniaus viešasis transportas” brakuje obecnie 175 kierowców autobusów i trolejbusów, co jest sytuacją katastrofalną. Obecnie pracujący w niej zaś się skarżą, że zarabiają mało, istnieją niezrozumiałe rozbieżności w wynagrodzeniach osób wykonujących tą samą pracę, zaś kierownictwo, zamiast te warunki polepszać, wręcz je pogarsza w stosunku do zawartej w roku 2018 umowy zbiorowej. Za inwestycjami w park maszynowy (samorządowi zawsze jest miło się pochwalić zakupem dziesiątek nowych pojazdów) nie idą inwestycje w infrastrukturę. Trakcje trolejbusowe są obsługiwane przez przestarzałe transformatornie, zaś przystanki końcowe nie mają warunków, by kierowcy mogli tam między rejsami odpocząć.

Zatem – do niechęci mieszkańców do korzystania z transportu miejskiego (argumenty są ważkie: wolny, rzadko jeździ, śmierdzi, tłoczno) dołączyć może też to, że po prostu nie będzie miał kto tych autobusów i trolejbusów prowadzić po tych wszystkich pięknie porobionych, poodgradzanych płotkami i wzgórkami, a ziejących pustką buspasach. Za to obok nich w korkach będą stali mieszkańcy Wilna i okolic, którzy samochodami jeżdżą z konieczności, a nie z miłości do spalin czy na złość rowerzystom. Czasem można się spotkać z opiniami, jakobyśmy samochody kupowali jako „symbol statusu społecznego”. Otóż, dla osób mieszkających 10 km i dalej od centrum miasta, mających w rodzinie dzieci czy staruszków, jest to środek elementarnego przetrwania, a nie żadnego statusu-luksusu. I to oni płacą cenę za kolejne fanaberie aktywistów, „standardy ulicy” małżonki mera, podobnie jak za „optymalizacje” szpitali, przychodni, poczty i szkół, powodujące, że bez samochodu pracujący na etacie człowiek niczego nie załatwi. Dobrze więc wyjść z bańki czy wyjechać z centrum miasta, żeby zobaczyć inną perspektywę.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 34(97) 21-27/08/2021