Smutny los wileńskiej zieleni

Słynące niegdyś z bycia najzieleńszą stolicą Wilno zapewne niedługo straci i ten tytuł. Usychają drzewa przy placu Kudirki, wycinane są niedawno przecież zasadzane lipy wzdłuż alei Giedymina, ogołocono i wybrzeża Wilii, i plac Łukiski.

Nie ma niegdyś pięknych ogrodów na placach Ratuszowym i Katedralnym, „ogródki” kawiarń wypychają zieleń z ulicy Niemieckiej.

Dużo w istocie winy za to ponoszą zarówno planiści miasta, jak i brak należytej komórki w samorządzie, która by się zajmowała właśnie zielenią i szczególnie drzewami. Ale też nie wszystko da się zwalić na karb nieodpowiedzialności i niegospodarności — bo dużo wynika ze zwyczajnej bezmyślności. Nie inaczej przecież trzeba nazywać oddawanie miasta w ręce patodeweloperki, która każdy metr kwadratowy chce przekształcić w betonowe „apartamentowce”, estetyką (a i w wielu wypadkach — wygodą) niedaleko odbiegające od „chruszczowek”.

Czym, jak nie bezmyślnością, jest sypanie ton soli zimą na chodniki i drogi, kiedy normalnie z miast się śnieg po prostu wywozi? Być może ciężarówka soli i jest jakimś środkiem na śnieg w kołchozach, z których się mentalnie wywodzą rządzący obecnie Wilnem — ale nawet tam rozumie się, że sól szkodzi roślinom i zwierzętom. Czyżby jedynie ludzie w miastach byli na nią odporni? Bo drzewa — na pewno nie są.