Afgańska chwila prawdy

Z Afganistanu trzeba było wyjść. Ale na pewno nie w takim stylu, jak to zrobili Amerykanie. Szokujące obrazy z kabulskiego lotniska i widok ludzi spadających z samolotów oznaczają jedno – nikt z rządzących polityków USA nie zechciał wysłuchać wojskowych (teraz za to zapłacą).

Prezydent Joe Biden zapewniał, że Sajgon (chaotyczna ewakuacja Amerykanów i Wietnamczyków w 1975 r.) się nie powtórzy, wyszło jednak gorzej. Wybuchła bomba podłożona przez Donalda Trumpa. To on podpisał porozumienie z talibami, podnosząc ich do rangi partnerów i tym samym dając do zrozumienia władzom w Kabulu, że są przeznaczeni na odstrzał. On też zgodził się na samobójczo krótki okres wyprowadzenia wojsk, przez co nie było możliwości sensownego przygotowania tak skomplikowanej operacji. Obecna waszyngtońska administracja niczego nie zmieniła w umowie z talibami i to był błąd. Wojna wysokotechnologicznego świata zachodniego przeciwko brodaczom z turbanami na głowach i kałachami w rękach zakończyła się spektakularną klęską. Koszty tej 20-letniej imprezy sięgną 4 bln dolarów, po obu stronach zginęło ponad 120 tys. osób, w tym 3576 żołnierzy koalicji antyterrorystycznej.

Można z tego sformułować dwa wnioski, jeden pesymistyczny i jeden, paradoksalnie, optymistyczny. Wniosek pierwszy: okazało się, że ludziom zamieszkującym część kuli ziemskiej na wschód od ziem dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów i na południe od dawnej monarchii austro-węgierskiej demokracja w stylu zachodnim nie jest potrzebna. Eksperyment afgański trwał 20 lat i zakończył się fiaskiem. Żaden Afgańczyk nie chciał o to walczyć z bronią w ręku. A walczyć tak naprawdę oni umieją, wojna na ziemiach Afganistanu trwa od 1978 r., 43 lata. Wygląda na to, że nadszedł czas na przewartościowanie dotychczasowej polityki Zachodu. W innych krajach też są prowadzone operacje stabilizacyjne, których finał jest do przewidzenia. Niewykluczonym efektem tego będą nowe fale imigrantów. Wniosek drugi, paradoksalnie optymistyczny: wysokotechnologiczne armie konwencjonalne przestały wygrywać wojny. Wojny, nie bitwy czy kampanie. Wojna kończy się, kiedy strona pokonana zaprzestaje oporu (Carl von Clausewitz). Jeśli wola walki narodu nie została złamana – wojna trwa nadal, przeradzając się w wojnę niekonwencjonalną, a partyzanci, jak wiadomo, wygrywają, gdy nie przegrywają (Henry Kissinger). Dla państw, których nie stać na silne nowoczesne armie, jest to szansa. Dla nas też.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 36(103) 07-10/09/2021