Rambo poszukuje Jezusa

Sylvester Stallone znany jest dobrze miłośnikom kina na całym świecie jako odtwórca tytułowych ról w pamiętnych filmach „Rocky” i „Rambo”. Mniej wiadomo natomiast o religijnej stronie jego życia, o czym on sam mówi w ostatnich latach coraz częściej.

Urodził się w 1946 r. w Nowym Jorku, w rodzinie włoskich emigrantów, więc nic dziwnego, że od dziecka wychowywany był w wierze katolickiej. W miarę jak zagłębiał się w świat filmowy, stopniowo odchodził od Kościoła. Jego kariera nie układała się jednak pomyślnie. Sporadycznie dostawał drugoplanowe role, które nie przynosiły mu ani satysfakcji, ani pieniędzy. Upadł tak nisko, że w 1970 r. zagrał nawet w filmie pornograficznym. Przełomem stała się dopiero tytułowa rola boksera w słynnym obrazie „Rocky”, która przyniosła mu międzynarodową sławę i uznanie. Jak sam wspomina, sukces uderzył mu do głowy. Zapomniał o Bogu i oddał się szukaniu przyjemności w całej palecie rozrywek, które oferowało mu życie hollywoodzkiej gwiazdy. Miał za sobą już dwa śluby i dwa rozwody, gdy ożenił się po raz trzeci z Jennifer Flavin, która do dziś jest jego żoną. W 1996 r. urodziła im się córeczka Sophia. Miała wrodzoną wadę serca i w wieku dwóch miesięcy musiała przejść ciężką operację.

Choroba dziecka zmieniła życie aktora. Czuł się bezradny. Mimo swojej pozycji i pieniędzy nie był w stanie pomóc własnemu dziecku. Zrozumiał, że nie jest ani wszechmocny, ani samowystarczalny. Że nie da się wszystkiego załatwić po swojemu. Postanowił szukać ratunku w Bogu i oddać Jezusowi prowadzenie swojego życia, prosząc go o przebaczenie oraz mądrość w podejmowaniu właściwych decyzji. Operacja córki udała się, a Stallone wkroczył na drogę wiary. W jego filmach zaczęły się pojawiać dyskretne motywy religijne, jak np. w czwartej części przygód Rambo, gdy główny bohater, będący ateistą, zgadza się przeprowadzić grupę misjonarzy chrześcijańskich przez terytorium wroga, by mogli nieść tubylcom Dobrą Nowinę; on sam pod wpływem ich wiary zmienia swoje nastawienie do życia. Stallone tłumaczył, że starał się wprowadzać wątki chrześcijańskie subtelnie, by „nie uderzać widzów młotkiem po głowie”. Mówiąc o własnym doświadczeniu, jest jednak bardziej jednoznaczny: „Im częściej chodzę do kościoła i im bardziej oddaję się wierze w Jezusa, słuchaniu jego Słowa i prowadzeniu przez niego mej ręki, tym bardziej czuję się tak, jakby spadało ze mnie jarzmo”.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 36(103) 07-10/09/2021