Wąskie umysły zwężają ulice

Samorząd Miasta Wilna zapowiedział, że zwęzi jezdnie na kolejnych ulicach: Tarasa Szewczenki, Witenesa i Alberta Kojałłowicza. Głosi tezy o „humanizowaniu” ruchu, równości samochodów i pieszych, ekologii i innym.

Za tym zaklęciami w istocie kryje się magiczne myślenie, według którego na wszystkie problemy rozwiązanie jest jedno – w tym przypadku zwężanie ulic. Jak pokazuje praktyka na ulicy Nowogródzkiej, na którą też powołuje się samorząd, „humanizacja” ruchliwej ulicy sprawia, iż stoi na niej niemal permanentny korek, a skutkiem utrudnionego ruchu są większe pobory paliwa i spaliny, którymi oddychają mieszkańcy. Wyobraźmy sobie zatem, że tak samo zapchane będą ulice przelotowe, służące właśnie do ruchu drogowego. Bo ruch samochodowy na nich nie zniknie – ludzie i tak będą mieli potrzebę dojechania gdzieś czy dowiezienia towarów, albowiem nikt nie zacznie produkować chleba, owoców i ubrań u siebie na dzielnicy tylko po to, by uniknąć korków. Ale już ci ludzie, którzy przyjeżdżają coś kupić, będą po prostu kupować tam, gdzie można normalnie dojechać.

Wbrew propagandzie antysamochodowych nawiedzeńców auto nie jest jakimś przejawem snobizmu, tylko kosztownym narzędziem pracy, bez którego nie dojedzie się codziennie zza miasta do pracy, nie rozwiezie rodziny do szkół i przedszkoli, dziadków do przychodni itd. Posiadanie samochodu generuje opłaty, koszty, podatki i daniny – ale i tak jest lepsze niż jazda transportem miejskim, na którym liberalny samorząd wiecznie próbuje oszczędzać, zamiast go zrobić normalnym. Jest takie miejsce, w którym nie ma intensywnego ruchu samochodowego, a już na pewno nie ma znienawidzonych przez aktywistów prywatnych samochodów. To kołchoz na wsi. Tylko czemu ludzie tęskniący za tym wzorcem, nienawidzący miasta, przyjeżdżają do Wilna i wprowadzają tu takie porządki, zamiast zostać u siebie? Samorząd odpowiada i na to pytanie. Przy zwężonych ulicach mają wzrosnąć ceny nieruchomości. Zacierają więc ręce deweloperzy (chyba jedyna grupa, która przy merze Šimašiusie ma się dobrze), zaciera usłużny główny architekt miasta (któż inny potrafi w miejscu jednomieszkaniowego piętrowego domku zatwierdzić projekt „piętrowego budynku z dwupoziomową piwnicą i mansardą” na trzy apartamenty i nazwać to „rekonstrukcją”?), tylko jakoś mieszkańcy końca tej kadencji doczekać się nie mogą. No nic, najważniejsze, żeby za nieruchomości płacili, prawda?


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 39(112) 25/09/-01/10/2021